O autorze
sobota, 03 grudnia 2016
Mój człowiek

Nocami mój człowiek 
wymyka się spod kontroli,
chodzi po zgasłych na ciemność
ulicach
i zbiera rozbite o złe sny ptaki
chuchając im w dzioby.

Nocami mój człowiek
puka zmarłym sąsiadom
w nagrobki
i ucieka z chichotem.
Nocami mój człowiek 
wymyka się
ze mnie. 

niedziela, 27 listopada 2016
To ja jestem ta dziewczynka na murku



To ja jestem ta dziewczynka na murku pod blokiem
w sweterku, którego kolor dawno spełzł w szaro-burość zdjęcia.
Znam wszystkie ślepe koty w promieniu 3 kilometrów
i ciemne sprawki mieszkańców zakładowego osiedla.

Nienawidzę sąsiada, Mariana Chudego
z całej mocy mojego dziecięcego serduszka
choć gdy matka widzi wciąż muszę mówić mu, dzień dobry.
Wiem, że otruł kotkę w piwnicy i że znów sprzedał telewizor
dwóm oprychom za flaszkę.

Marian nienawidzi wszystkich dzieci po równo:
- Spierdalaj szczeniaku!
- Sam spierdalaj, dziadygo!
syczę przez właśnie wybite jedynki i skaczę przez barierkę.
(Nikt nie zaryzykuje pościgu za dzieciakiem co na murku zjadł zęby)
Wieczorem obrzucę go błotem gdy pijany będzie wracał z “Pekinu”.

To ja jestem ta dziewczynka, której nikt się nie domyśla.
Znam kilka języków, niekoniecznie oficjalnych 
i tajne przejścia studzienek wentylacyjnych.
Pod sweterkiem noszę zapchlone kocięta i połamane ptaki.
Swoje sprawy załatwiam krótko i nieodwołalnie, 
z wrogami nie pertraktuję.

To ja jestem ta szczerbata dziewczynka
co na murku uśmierca sasiadów.


czwartek, 20 października 2016
Maraton Beskidy - Po to się leci, po to się jedzie, po to się idzie… Po to się żyje.

Czasem warto zrobić coś pozornie bez sensu. Warto odjąć dziecku od ust ostatnie tysiąc dolarów, kupić bilet na samolot, przelecieć siedem tysięcy kilometrów do Warszawy, dopaść busa na Zachodnim,  dojechać późną nocą do Sandomierza, nie móc znaleźć własnej matki po ciemku w rodzinnym (dwudziestotysięcznym) mieście zatem popierniczać z czerwonym walizkiem drogą koło sadu co w nim od zawsze straszy. Zjeść co bądź, paść spać by rano wsiąść w wiadome zrywne 323 i wyjechać we właściwym kierunku. Kluczyć trzy godziny do autostrady choć normalną droga już by się prawie było na miejscu.

Będac na autostradzie przegapić właściwy zjazd na Cieszyn, potem kluczyć w godzinach szczytu w ciemności kopalnianej (w koncu to Mysłowice) by znaleźć drogę do Pszczyny, zagotować chłodnicę, zablokować ruch na trasie do Tychów na zasadzie: albo mnie ratujecie albo nikt nie pojedzie. Uratowali! 

Dojechać do Pszczyny, paść spać… i nie zasnać: godzinę… dwie… trzy… cztery… a niech to szlag trafi, lepiej wstać i pojechać  bo i tak z tego spania nic nie będzie! Umyć zęby, załozyć wyjściowe galoty, i po ciemku modlić się by wczorajsza woda w chłodnicy nie zamrazła.

Nie zamrazła. 

Nie zagotowała się. 

i…

od tego momentu, wszystko jest cudem. Droga z Pszczyny przez Bielsko, jaśniejące nad Beskidem Żywieckim niebo i to przekonanie, że to co najgorsze - jest za nami. Bezsenna noc, jet lag, cały porypany zeszły rok, choroby, długi, recesja i 50-tka na karku. Życie się prawdziwe właśnie zaczyna. I cudowne Skrzyczne w oddali (choć już wiem, że dziś na nie nie wejdę). 


 

 

A tymczasem zjeżdzam z autostrady i typowo dla mnie już wiem, że podupczyłam i zjechałam nie tam gdzie trzeba ale równie typowo dla mnie - pięknie. Pytam więc pana na stacji benzynowej - proszę pana, jak dojade do Radziechów

 

- A wie pani… tu pani pojedzie na tę pętlę. Na stopie będzie pokazywać w prawo ale pojedzie pani w lewo, wjedzie pani na drogę szybkiego ruchu ale nie tak jak pani przyjechala tylko lekko w prawo chociaz bardziej w lewo, jak pani zobaczy taki zjazd to pani nie zjedzie tylko pojedzie pani dalej aż będzie taki zjazd co go nie będzie widać….

- A prościej się nie da?

- Prościej? To pojedzie pani tak - widzi pani to rondo? Pojedzie pani na nim prosto, potem będzie następne rondo, na nim też pojedzie pani prosto. Potem będzie następne rondo i pojedzie pani prosto i tą drogą prosto i zobaczy pani po prawej stadion w Radziechowach.

 

Pojechałam prościej.

 

Jak stara wyga od razu na parking pod kościół. Bo wiem jak bolą nogi jak się z domu ludowego człowiek czołga na parking przy stadionie.

 

Życie pięknieje z minuty na minutę; pędzę po pakiecik ściskajac pod pacha flaszkę syropu klonowego dla Edka a tu słyszę - EWKA!!!! - a z samochodu wychyla się najradośniejsza gęba Maratonu Beskidy doczepiona do najdłuższych szczudeł - Janusz! Dla samego tego, „EWKA!!!” - warto bylo dziecku obrabować skarbonkę.  A potem to już nie wiadomo, czy się ustawiać do startu, czy się całować, czy w ogole zrezygnować ze startu i się calowac cały dzień. No nie, nie da się, Zbójnicy robią puk! z pukawek i trzeba iść. 
 

  

Ja wiem, ze czasem sprawiam wrażenie jakbym trzydzieści ultramaratonów przeszła tyłem i na jednej nodze. Prawda prawdziwa jednak jest taka, ze jestem cienias. 

Ale kto zabroni cienkiemu na bogato żyć? W zasadzie to mnie coraz mniej interesuje co o mnie ludzie pomyślą. Jak wracam do Kanady, znajomi tubylcy po obejrzeniu miliona zdjęć - w tym mnie z Harnasiem na szczycie podium pytaja: „Wygrałaś?!”  

- No jasne, że wygrałam. W swojej kategorii wygrałam! I ta wygrana dostarcza mi energii do roztopów. 

 

Ale do rzeczy, bo przecież jakoś to się z tym Maratonem Beskidy zaczęło. 

 

Bacę poznałam jak to zwyczajowo poznaje się bacę - na fejsie. Gdzieś w 2011. I zaczęła się przyjaźń - i niech mi nikt nie mówi, że nic dobrego nie ma z tego fejsa. Baca jest z fejsa! Maraton Beskidy jest z fejsa, Skrzyczne, bułki, Matyska i Harnaś - Wszystko z fejsa. 

 

 

No więc zaczęła się przyjaźń  - przycementowana koncertowywm opierdolem od Bacy za wjechanie mu w ogródek, 

Pierwszy raz spotkaliśmy się z Edkiem w 2013 - jeszcze wtedy nie wiedziałam jak się trzyma kije. Przyjechałam pokibicować Zbychowi.  Padłam Bacy rozanielona na ramię - i już mi tak zostało. I już wiedziałam, że wrócę.  Tamtego, pierwszego dnia zjechałyśmy z dziewczynami trasę w te i we w tę, wlazłyśmy na Matysce i zastygły w podziwie! Po takie rzeczy warto jechać na koniec świata. Potem we wsi, na rogu koło domu ludowego czekalam i zachwycałam się  ubłoconymi, zakrwawionymi nieszczęśnikami  z lepkimi od błota tyłkami na których zjeżdżali z mocno już płynnej Matyski - a jedynym ich ratunkiem przed złamaniem kręgosłupa było chwytanie się tarniny. Nie darmo Matyska to Golgota Beskidów.


 

 

I kiedy ich takich widziałam, ubłoconych jak nieszczęście, zdartych do krwi i dzwoniących cudem niewybitymi zębami to wiedziałam, ze ja też tak chcę! Też tak muszę!! Tak na dupie po błocie z Matyski zjechać.

 

I jescze coś:  Warto było stać w deszczu w lichym płaszczyku by pod koniec listopadowego, dżdżystego dnia usłyszeć  od słaniajacego się na nogach i dzwoniacego zębami w marznacej szarówce mężczyzny: Czy pani może mnie rozebrać? - No, ba! 

 

Szkopuł w tym, że ja nadal nie wiem kto to był.

 

W nastepnym roku zadziwiłam kilku panów pytaniem: przepraszam, czy to pana w zeszłym roku rozbierałam za domem ludowym? No nic, któregoś roku go odnajdę. 

 

No i w 2014 poszłam! Trasę przeszłam najdokładniej z całej ekipy. Z kilkoma momentami traumatycznymi, ale wciąż żyję, stoję chodzę. Przeszłam calutki Maraton Beskidy — Ja, Ewka z Huty!




Weszłam na Skrzyczne, przedarłam się przez mgłę, kamienie, powalone drzewa, i własna cieniznę, listopadowy deszcz przechodzący w mżawkę przechodzącą do szpiku kości. A potem gdy myślałam, ze gorzej mi już byćnie może… z szarówki wynurzyła się Matyska. No i miałam swoje wielkie zejście w błocie o którym tak marzyłam rok przed. 
 

 
 

Pozostały buty pełne blota i krwi, pozłażone paznokcie u nóg, i to co przypływa pod powieki przed snem, wynurzające się z szczyty Beskidów, krople deszczu na przydrożnych badylach i…

 

Bułki.


 

 

Otóż do Radziechów się jedzie po bułki. Bułki na Skrzycznem i na Matysce są legendarne. (Na Skrzycznem jadłam w 2014, na Matysce w 2015. W 2014 jak doszlam na Matyskę to już tylko ratownicy i strażacy stali) Można napchać cały plecak batonami energetycznymi ale bez bułek ani rusz. W zeszłym roku do bułki doczepił się koń. Magia po prostu.

 

Dookoła zrudziałe Beskidy, tarnina i inne krzaczyska na zboczach ustrojone w szkarłatne i granatowe kulki, a za mną idzie konik bo zwiał sobie i mu sie nie śpieszy do domu, a mnie się nie spieszy do nikad. Tośmy sobie doszli razem na szczyt, potem konik poszedł w swoja stronę, ja w swoją  bo mnie na takich imprezach naprawdę się nie spieszy.


 

Pięknie jest iść z ludźmi ale trzeba też czasem przejść kilka kympek (jak je nazywa Edek) samej ze sobą. I nie gadać nawet to siebie - choć to duży wyczyn w moim przypadku.

 

Harnaś…. A właściwie dwa: Pierwszy - nieszczęsny Harnaś - przepiękny, rzeźbiony specjalnie dla mnie. Przeleciał biedaczek ocean w klasie biznes z moja matką (ja pokornie leciałam z plebsem), przeszedł pierwsze straże graniczne w Kanadzie by… zostać przechwycony już przy ostatniej bramce na Torontońskim lotnisku - i stracony w imię jej królewskiej mości Elżbiety II. Haranasia opłakiwała cała rodzina a organizatorzy Maratonu Beskidy obiecali, ze następnym razem Harnaś będzie zaimpregnowany po kapelusz. 
 

 

I był. Ten drugi doleciał bezpiecznie  i jest moim towarzyszem podróży po Kanadzie, był nad Niagara, odwiedzil Ottawę, był w Montrealu. Zasłużył sobie. Za granicę go przezornie nie wożę

 

Nadchodzi kolejny listopad, szykuje się ekipa. Tym razem pełna trasa atakujemy Skrzyczne w pięknym stylu charakterystycznym dla tej ekipy, zaczynam wpadać w charakterystyczny dla siebie stan…ja, proszę państwa nie piję - Ja nie muszę pić, i tak połowę swego czasu na tej planecie chodzę jak nawalona. 

 

Wiem, że mieszam pojęcia, lata, nieistotne, ludzie sa ciagle ci sami, tacy sami i tylko coraz cudniejsi. Egzaltacja jest na miejscu, Za  niecałe dwa tygodnie lecę po raz czwarty. I tak będzie za rok i za dwa - dopóki będzie Maraton beskidy

 

Bo pamiętajcie: Baca i jego ludzie, bułki, zjazd na dupie z Matyski:

Po to się leci, po to się jedzie, po to się idzie… Po to się żyje. 

 


Zdjęcia Aneta Balcerek, Zbyszko Cegła & Mła

wtorek, 11 października 2016
Moja matka, Wiedźma

 


Foto: Maria Krowiak czyli...

Moja matka, Wiedźma 
znów przecedza księżyc przez gałęzie drzew. 
Nabija słońca na źdźbła traw 
a jak wyschną w żółte kulki
to ludzie mówią,
wrotycz

Moja matka, Czarownica
brodzi po kolana w rozżarzonym horyzoncie, 
I nic jej nie jest
oprócz kilku bąbli na łydkach
(mówi ludziom, że to komary).

Moja matka ma nierówno pod sufitem
(choć uparcie wini za to stropodach)
i chory kręgosłup od schylania się 
nad przydrożnym badziewiem.

Już na nią doniosły do proboszcza
pobożne sąsiadki, że zamiast siedzieć 
na ławce pod blokiem
gania podkasana po łąkach
aż się najeżają głogi.
W końcu sprowadzi nieszczęście.

Moja matka, Maria Niepodzielnie Zielna
z wiślanego wału
łapie kolejny zachód
i ma gdzieś, że przecież kiedyś się skończą.

Matka Śnięta


O, Matko święta, Matko śnięta,
bezsenna Matko na trzy zmiany
od lat dwunastu bez uśmiechu
blada szpitalna anielico,
Matko wpatrzona bez oddechu
czy to wciąż sen
czy to już nicość.

Matko od siedmiu(set) boleści,
Matko od spadającej formy,
Matko od żołądkowej treści,
Matko od przekroczonej normy,
potasu, wapnia, zimnej kawy
pipczących w mroku monitorów
podtrzymujących puls niemrawy.

Matko, co „wiara czyni cuda”,
Matko, co „taka boża wola”
Matko, z którego bądź kościoła 
od suwających się talerzy,
czerwonych nitek, amuletów
i Matko, co już w nic nie wierzy.

Matko, co umie czytać z oczu,
Matko, co umie czytać z moczu
przyczyny, skutki, patogeny,
z cienia pod okiem prędkim wzrokiem
wyczyta więcej niż rentgeny.

Matko jednostki chorobowej
na białej mapie granic stresu
Matko w bezkresnym korytarzu,
z pęcherzem co dobiega kresu.

Matko od chorób niewidzialnych
u nagle niewidzialnych dzieci
nieatrakcyjna, niemedialna
na którą tv nie poleci, 
która ominą redaktory
bo ktoś ładniejszy ładniej chory.

Matko od: „po co ci to było?”
Matko od: „sama tego chciałaś”
co: „zawsze wszystko wiesz najlepiej”,
co: „nie zrobiłaś, nie słuchałaś”,
co: „po co nogi rozkładałaś?”

Matko od strasznych wiadomości, 
co nagle „Nie wiem co powiedzieć”
Matko od: „proszę wyjść z dyżurki!”
„Proszę tu nie stać!”, „nie spać!”, „siedzieć!”
Matko od czarnych telefonów,
w noc najczarniejszą
czarnych myśli,
Matko co nie śmie zmrużyć oka
bo najczarniejsze znów się przyśni.

Matko, co boi się zasypiać,
Matko, co boi się obudzić,

Matko wystygłych w zupie modlitw, 
zaklęć zastygłych w czerstwym chlebie,
Samotna matko w tłumie ludzi

Ten wiersz
… bo brak mi słów do Ciebie.

sobota, 03 września 2016
Rycerz

Na Trynitarskiej, w bramie
spotkałam rycerza.

Był jeszcze w bieliźnie. 

"Ja głoszę pokój", wysapał 
dopinając zbroję.
"O, tutaj mam napisane.
Wojna jest straszna...

Pani czeka z tym zdjęciem, 
Założę hełm. 
...
"Pani da piątkę na dobry począt
ek"

"Oczywiście, pokój kosztuje."



Wrotycz II

 

Znów śniła mi się wojna.

Jakaś kobieta po kolana w gruzie
zbierała rozsypane dzieci.

Domy spopielałe ze strachu,
dzwoniły resztką szyb.

Łąki były pełne wrotyczu.
Chłopcy mieli czapki pełne mirabelek,
dziewczyny usta lepkie od jeżyn,
nogi piekące od pokrzyw.

Dzikie grusze ciężkie od szpaków i kawek
nie ostrzegły ich, co nadchodzi.

Wrotycz żółcił się słońcem. 


Wrotycz I

Znow śniła mi się wojna

jak zwykle o tej porze roku.
Jakaś kobieta po kolana w gruzie
zbierala rozsypane dzieci,
domy spopielałe ze strachu
dzwoniły resztką szyb.

Co Ty z znowu z tą wojną?! Pytasz.

Bo wtedy łąki też były pełne wrotyczu,
chłopcy mieli czapki pelne mirabelek,
dłonie - dziewczęcych piersi

Dziewczyny miały usta lepkie od jeżyn
nogi, piekące od pokrzyw,
bezczelnie prześliczne.

I nic!
i nikt
im nie powiedział!

Dzikie grusze ciężkie od szpaków i kawek
nie ostrzegły co idzie,
wrotycz żółcił się słońcem jak głupi,

Czy oni wciaż czuli ciepło ich piersi w urwanej dłoni?
Czy je wciaz piekł ten czerwony ślad tam 
gdzie wrzynała się gumka od pończoch


w urwaną nogę.

środa, 11 maja 2016
Przemyśl, 1985

Ta ulica nad Sanem,
ta ulica nad ranem
i całe miasto na bani.
...
Drzewa w rzece do góry nogami,
most rozhuśtany
i słup każdy.
...
Ja i ty
do rozpuku
zatoczeni na bruku
...
ratujemy z kałuży 
kompletnie
zalane
gwiazdy. 

piątek, 15 kwietnia 2016
Zabity dom

 

W zabitym domu czas 
przecieka miedzy deskami

W deszczowe dni
skrzypią kości w zawiasach
i dzwonią resztką zębów trupy 
w każdej szafie.

Duch ciotki Walerii
powiesił się z nudów

A diabeł wysysa resztki światła
przez komin
jak przez rurkę.
.........................

 

Foto: Tomasz Młynarczyk

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12