Zakładki:
Moje kochane...
Moje pisane...
Moje ruszane...
|
czwartek, 05 sierpnia 2010
...so, you're the boss....
W ramach wymiany uslug idziemy z Tymkiem w weekend do mojego szefa. Tymek zna Jacka doskonale, w koncu matka i ojciec pracowali w jego firmie od lat (ojciec do recesji). Jednakze przy swej cudownej zdolnosci zapominania twarzy moj syn musial sie upewnic z kim ma do czynienia:
T: So, you're Jack?
J: Yes, I am
T: So, you're the boss?
J: Yes, I am.
T: Why did you fire my dad?!
środa, 03 czerwca 2009
Dear Tooth Fairy
List mojej siedmioletniej kolezanki Alayny z zazaleniem do wrozki od zebow:

Zeby sprawy pogorszyc do reszty Wrozka Z. odpisala w tonie wysoce idiotycznym zapewniajac Alayne, ze "her time will come" (brrr!) i nakazujac radosc z radosci kolezanek (fuj!).
Jako, ze Wrozka siedzi dwa biurka ode mnie poradzilam jej, ze sprawe moze jeszcze naprawic poprzez wyslanie (od wrozki of course) zestawu "Do It Yourself" zawierajacego klamke (albo cale drzwi) i kawalek zylki.
środa, 20 maja 2009
poniedziałek, 18 maja 2009
Chemikalie
Bylam dzis na urodzinach dzieciecych Spozylam taka ilosc chemikalii w plynie i ciele stalym jaka najlepszym chemikom nawet w pijackim zwidzie nie przyszlyby do glowy. Swietowano narodziny dwojga dzieci temu lat cztery i osiem. Dla uczczenia ich pito chemikalie barwiona na rozne kolory a takze symulowana na przerozne smaki: pomaranczy, winogrona, i brzoskwini.
Rowniez jedzono chemikalie w roznych ksztaltach, smakach i konsystencjach, nie wspominajac o kolorach. Zwiazki chemiczne o nieznanych wzorach strukturalnych w torcie urodzinowym moglyby zgladzic niewielkie panstewsko afrykanskie ale my w Kanadzie zahartowani przy wyrebie hektarow lasu o jednej pieczonej wiewiorce wszystko zezremy i nic nam nie bedzie. Za to dzieki konserwantom zawartym w w.w. chemikaliach nie rozlozymy sie i trzysta lat po smierci, a do tego bedziemy swiecic jak jarzeniowki na pomaranczowo i brzoskwiniowo.
Najsmieszniejsze bylo to kiedy maly Jackson po spozyciu 4 funtow chemikalii o niespotykanym w naturze ksztalcie, colorze, smaku i zapachu zlapal ze stolu butelke piwa swojego taty a wszyscy rzucili sie na ratunek, ze jezusmaria strasznerzeczy!
środa, 09 stycznia 2008
Jak postepowac z Prawdziwym Mezczyzną
Prawdziwy mezczyzna wchodzi do pokoju i pyta czy widzialam "The Wizard of Oz". Tak, widzialam, podobal mi sie nawet. On sie nie pyta mnie (ten prawdziwy mezczyzna) czy mi sie ten Wizard of Oz podobal tylko sie mnie pyta, czy go widzialam bo on musi to odniesc do wypozyczalni i on sobie to tutaj na tej kupce polozyl dopiero co (dopiero kiedy co? No, moze dwa dni temu), a juz mu ktos sprzatnal, bo tu przeciez nic nie polezy na miejscu. A on sobie to przeciez tu polozyl zaraz obok tej sterty ksiazek kucharskich co to ich nie mozna na polke odlozyc bo on wlasnie bedzie na takiej a takiej diecie, a poza tym polek zabraklo.
No wiec polozyl sobie to albo na tej stertce albo zaraz obok. Tak, tak, jest przekonany, ze to bylo zaraz obok. A czy jest pewien, ze nie polozyl jej na tej kupie bebebechow komputerowych co to leza kolo biurka wymieszane z klebowiskiem kabli co to maja byc popodlaczane do tych bebechow, ale to sie zrobi jutro... Nie! Tam napewno nie polozyl bo on te bebechy ma przygotowane do wloże.... Dzizaz! Czys ty ruszala moje bebechy?! Nie, sweetheart, tylko je kopnelam pod zaslonke bo juz sie lepkim kurzem pokryly.No oczywiscie, kopnelas bebechy to i film schowalas. No tak, on juz nigdy dziecku nie bedzie mogl filmu wypozyczyc bo co on wypozyczy to ja mu bezczelnie schowam i on nie moze oddac na czas.
Mamroczac tak wypirza po kolei szuflady, zwala kupe CD z dolnej polki biurka, wywala poduszki z kanapy, wysypuje zabawki z kosza.... Nie ma! Nie ma! Nie ma!
No wiec on teraz sobie pojdzie do ubikacji, ale jak wroci to on musi, no po prostu musi przeszukac WSZYSTKO, bo on musi ten film znalezc i czy ja ZAWSZE musze mu WSZYSTKO wyrzucic. Napewno to wyrzucilam tak jak dziecka kupon do sklepu zabawkowego. - Nie wyrzucilam zadnego kuponu!!! -To ciekawe czemu nie moge go znalezc jak go NAPEWNO polozylem tutaj na tej kupce za kanapa, pomiedzy stosikiem compactow a zwojem wydrukow z mojego forum rodzinnego. - Pocaluj mnie w dupe - Najlatwiej od razu byc ordynarnym zamiast poszukac to co sie upchalo - Aaaaaaaaa!!!!! - Maniaczka!
Prawdziwy mezczyzna idzie do ubikacji, pytam matke: - Upchalas?! Wiesz co tu sie zaraz bedzie dzialo - A moze i upchalam, ale przyznam sie to? A ty napewno nie upchalas? - Pewnie upchalam jak rownalam kupy? (jestem w stanie tolerowac kupy dopoki zachowuja katy proste) - Ty, szukamy!
Szukamy z Marianem tego Wizarda, swiety Antoni jest wyraznie po naszej stronie bo w koncu jest! Pomiedzy dwiema czesciami Tytusa, Romka i Atomka w Tymkowej czesci za kanapa. - Podrzucamy mu? - Podrzucamy!
Marian zbyt dlugo zyla z rowniez Prawdziwym Mezczyzna, zeby nie pojac grozy sytuacji , jezeli raz sie wyda, ze ktoras z nas upchala (niewazne ktora) to wiedza wszystkie, ktore z Prawdziwym Mezczyzna mialy kiedys do czynienia.
Rzecz zgubioną a znalezioną nalezy upchac umiejetnie. Bezczelnie acz z finezją, tak by rzecz zgubiona swoim siebie ujawnieniem nie obwinila automatycznie Prawdziwego Mezczyzny o balaganiarstwo (ON?! BALAGANIARZ?!). Nie, rzecz ma sie ujawnic przypadkowo, nie moze byc znaleziona przez kobiete mezczyzny, ewentualnie moze byc zasugerowane - a dobrze szukales za biurkiem, moze zsunela sie z tymi czterdziestoma dyskami, ktore spadly ci wczoraj za biurko I NIGDY NIE ZOSTALY PODNIESIONE (!!!)? - Szukalem trzy razy! - Poszukaj jeszcze raz, moze lezy za ta obudowa do komputera
Prawdziwy mezczyzna juz poirytowany na dobre schyla sie, wywala po kolei te czterdziesci CD na srodek livingroomu i nagle: Surprise! surprise!!! pomiedzy dwudziestym siodmym a dwudziestym osmym jest jest jego zaginiony DVD z Wizardem of Oz!
Wtedy natychmiast trzeba przypuscic atak. Natychmiast! Tym samym zyskujemy argument na cudowny termometr do miesa, ktory sobie dopiero co, trzy tygodnie temu kupil i polozyl w tym pojemniku z rozebranym mikserem, do ktoego on zajrzy jak tylko bedzie mial chwile czasu... to co z tego, ze sie nie zna na mikserach, czy ja wiem ile taki mikser kosztuje? Wiem, czterdziesci dolarow,akurat tyle co ten glupi termometr do miesa co go zgubiles tak jak tego Wizarda of Oz!
poniedziałek, 26 listopada 2007
wtorek, 30 października 2007
Trup w kazdej szafie
– Zabieraj tego trupa z sypialni! Można na nim nogi połamać po ciemku. – Niech leży, bo co go ruszę to głowa odpada. – Wszystko jest upaprane na czerwono i kot się przykleił. – Co ci trup przeszkadza, jeszcze parę dni i pójdzie na trawnik przed domem. – A co z dziewczynką? – Prawie skończona, tylko nogi muszę doprawić i musimy przemyśleć jak ją powiesimy... Mój mąż nie jest seryjnym mordercą ani chirurgiem plastycznym, jest Kanadyjczykiem i właśnie nadchodzi jego 15 minut. Halloween! Noc upiorów, wampirów, straszydeł, noc żywych trupów, które z zawodzeniem dobijać będą się do okien i drzwi a odejdą dopiero gdy dostaną... cukierka. Na trawniczkach wykwitną nagrobki, na jabłonkach przed domami zawisną kościotrupy i na wpół zgniłe wisielce. Ganki sympatycznych domków na przedmieściu zamienią się w przedsionki piekieł, w ciemności których fruwać będą mechaniczne nietoperze. A w przyjaznych sobie zazwyczaj sąsiadach odezwie się zew krwi i rozpocznie się pojedynek na nieboszczyki, krzesła elektryczne, organy wewnętrzne i efekty dźwiękowe. Big Al odbije sobie teraz dzieciństwo spędzone w domu daleko od szosy, gdzie nigdy nie dotarł żaden przebieraniec, i za lata przemieszkane w bloku, gdzie ciężko było powiesić wisielca z dziewiątego piętra. Co nie znaczy, że nie próbował co jakiś czas podłączyć się ze swoim trupem pod cudzy ganek, ale to nigdy nie było to samo. Własne zwłoki, na własnym ganku to jest to czego każdy mieszkaniec Ameryki Północnej potrzebuje raz do roku. Wiecej tutaj>> 
wtorek, 04 września 2007
Kto zezarl torta mojemu staremu?!
Upps! Sto lat stary! 
Hej! A ja to co?! 
Ta kawka to jakas cieniutka, cholera 
czwartek, 26 lipca 2007
Naprawde Dobra Ksiazka
to taka, ktora pozycza sie od koleznaki na droge powrotna np z Bostonu do Toronto i ktorą (ksiazke, nie kolezanke) zaczyna sie czytac na lotnisku po cichu marząc, by samolot sie spoznil, zeby nie trzeba bylo przerywac czytania na boarding, szukanie miejsca w samolocie itd. Potem marzenie przeksztala sie w radosc, ze samolot faktycznie sie spoznia i to ponad dwie godziny bo nad Bostonem szaleje nawalnica. Wiele samolotow ma problemy z ladowaniem, jeszcze wiecej ze startowaniem a ty sie cieszysz bo mozesz czytac Naprawde Dobra Ksiazke. W samolocie (ktory w koncu jednak ma startowac) rozpychasz staruszki i dzieci by czym predzej dotrzec do mijesca 12F i wrocic do przerwanego czytania NDK. Potem cieszysz sie, ze masz przesiadke z samolotu na autobus i mozesz posiedziec spokojnie 2 godziny w srodku naocy na obskurnym, smierdzacym dworcu autobusowym w Buffalo, znajdujesz jedyne miejsce siedzace w poczekalni miedzy wycieczka satanistow a dwiema prostytutkami konwersujacymi z dealerami narkotykow i zaglebiasz sie w lekture NDK odliczajac minuty w rozpaczy bo w autobusie nie bedziesz mogla juz czytac bo grozi to agresywnymi torsjami. Po dotarciu do domu ok 3 nad ranem klniesz koniecznosc zlapania chociaz odrobiny snu przed pojsciem do pracy. Wracasz z pracy. Jak na zlosc masz dziecko. Jak na zlosc - dziecko trzeba karmic. Jak na zlosc twoj stary robil przetwory z pomidorow przez weekend kiedy ciebie nie bylo. Jak na zlosc twoj stary zamienil ogrodek w suchy zielnik i trzeba mu zrobic reanimacje (zielnikowi nie staremu). Jak na zlosc przyszla Elka z petycja przeciwko zmianie definicji malzenstwa w Ontario. Jak na zlosc musisz jej wytlumaczyc, ze nie masz nic przeciwko nowej definicji malzenstwa. Jak na zlosc dziecko nie chce isc spac bo dopiero 8 wieczor. Brniesz przez pietrzace sie nazlosci by wreszczie o 10:30 skonczyc odgruzowywanie kuchni, zielnika, dziecka, wskoczyc do wanny z ksiazka w rece i czytac i czytac, zapomniawszy, ze poprzedniej nocy spalas 3 godziny. Czytajac Naprawde Dobra Ksiazke, myjesz wlosy jedna reka, dokonujesz depilacji nie odrywajac oczu od NDK, obiecujesz sobie, ze jeszcze tylko 15 minut bo musisz w koncu isc spac. I jeszcze 15. I jeszcze 15. Wychodzisz z wanny nadal trzymajac NDK w rece, wycierasz sie jedna reka. Stwierdzasz, ze to nie ma sensu, dochodzisz do wniosku, ze lepiej schnac na wolnym powietrzy a w tym czasie poczytac jeszcze troche. Zaczynaja bolec cie nogi bo juz dawno wyschlas, przysiadasz na ubikacji. Z czytania wyrywa cie lomot do drzwi. Wychodzisz z lazienki bez przerwy czytajac, przysiadasz na schodach ciagle gola bo nie mozesz wciagnac pizamy przez glowe nie przerwawszy przy tym czytania Naprawde Dobrej Ksiazki. Konczysz o 2 nad ranem. Znowu idziesz do roboty nie wyspana.
poniedziałek, 28 maja 2007
Duch Swiety a sprawa polska cz.2
W koncu perfumy, tanie perfumy i lakier do wlosow zostaja przytlumione zapachem kadzidla. Wyciagamy maksymalnie szyje by uchwycic wzrokiem choc ulamek wkraczajacego wlasnie "naszego" dziecka komunijnego, ktore wysztywnione, wylokowane pokryte elastilem, koronka, "brylantami" i lakierem do wlosow przezywa wlasnie swoje 5 minut jak miliony dzieci komunijnych przezywaly przed nia i miliony beda przezywac po niej. Dla tego momentu zjezdzaja sie babcie z Polski, wujkowie i ciotki z USA, znajomi gotowi sa rozplynac sie w trzygodzinnym zaduchu, zeby te koronki, brylanty i lakier do wlosow nie poszly na marne. I bedzie to ostatni raz kiedy ujrzymy "nasze" dziecko podczas tej uroczystosci bo nawet gdy wejdzie na oltarz by wyglosic swa przydzialowa, okolicznosciowa kwestie to zostnie przysloniete przez uwijaca sie po oltarzu, centralna postac kazdej uroczystosci komunijnej czyli Pana-Z-Kamera. Ponad wyciagnietymi szyjami wyciagaja sie w gore rece z aparatami. Niewazne, ze ludzie z tylu chca tez cos zobaczyc. NASZE zdjecie kawalka plecow "NASZEGO" dziecka komunijnego jest stokroc cenniejsze niz chcenie staruszek i dzieci w lawkach za nami. Upal wzmaga sie. W mieszanke zapachowa perfumy-naftalina-lakier-do-wlosow powoli wkrada sie nowy akcent i wzmaga sie wprost proporcjonalnie do wykwitajacych na plecach i pod pachami wiernych mokrych plam, ktore gwaltownie rozplywaja sie po poliestrze. Do tego dochadza nam dodatkowe atrakcje: Dzieci komunijne czytaja po kolei fragmenty Pisma Swietego. Pamietajmy - te dzieci choc polskie to calkiem polskie nie sa. Cierpimy wraz z biedakiem przy mikrofonie, ktory nie daje za wygrana: - ws-k-z-rz.... - wkszerszse.... wksiere-zesze... Siostra katechetka lituje sie nad nieszczesnikiem i rzuca teatralnym szeptem - WSKRZESZENIE Inne dziecko dziekuje rodzicom za to, ze przed laty przyniesli je do kosciola do OSZCZENIA. Zaduch osiaga poziom bolesny. Proboszcz najwyrazniej oszczedza na klimatyzacji. Mam wrazenie, ze nad glowami wiernych zawisla toksyczna chmura - lepki wyziew spoconego, wylakierowanego, wyperfumianego tlumu i jesli gdzies pod sufitem w Domu Bozym unosi sie Duch Swiety to nie bedzie mial sil by przedrzec sie przez nia i zstapic na nasze dzieci komunijne, ktore w pionie trzyma juz tylko krochmal i lakier do wlosow. Ale zstapi napewno! Zapewnia nas o tym od dluzszego czasu kaznodzieja najwyrazniej odporny na upal i zaduch. Glosi do dziateczek juz od ponad godziny. I glosi i glosi. Bo i on ma wlasnie swoje 5 minut. cdn...
|