O autorze
piątek, 24 listopada 2017
Nadwiślański Poemat


W tym roku rzeki były wyjątkowo malownicze,
zakola miękko wtulały się w horyzont,
plany nakładały się na siebie w łagodnej progresji
przenikając nienachalnie gałązkami wikliny.

Na wale od wschodu słońca wystawali poeci
czekając na zachód,
i wyraźnie wkurwiając tym malarzy, którzy święcie byli przekonani
ze zachody słońca z racji malarskości bardziej przynależą się 
sztukom wizualnym.
Pomiędzy tym nadętym tłumkiem przechadzały się kołyszącym krokiem miejscowe elegantki
wyraźnie wkurwiając i jednych i drugich.

Z różowiejących przedwieczerzem obłoków wychylała się Matka Boska z dzieciątkiem machającym rączką 
do coraz bardziej zajadłych poetów i malarzy 
i rodzin z dziećmi na kocach na trawie.

Zawiązały się komitety społeczne, coraz tłumniej było na wałach.
Wykwitły transparenty „Wasze wschody, nasze zachody”
i „Wielkie Wały od wschodu do zachodu”

Od czasu do czasu rozlegało się „pif paf!” z dwururki sekretarza
lokalnego komitetu partii,
który wynurzał się po chwili z kępy 
z już wczoraj sprawionym zającem. 

Od zapachu krwi rozdymały się nozdrza poetów i malarzy.
Rzucali się na siebie z nienawykłymi do walki pięściami.

Matka Boska śmiała się z góry:
„Patrz synku, małpki!”

Donoszono flagi i bandaże.
Zza zwojów materiału już dawno nie było widać Wisły.
Na noszach skleconych ze sztalug niesiono bohatera
który zginał wprawdzie chujwi za co ale na tyle malarsko
by okrzyknąć go bohaterem i nazwać jego imieniem kilka ulic.

Dziewczęta i dzieci jeszcze rzucały polne kwiaty
gdy przez rozdeptane wały zaczęła wdzierać się rzeka.
Matka Boska zamknęła okno i poszła kąpać dziecko.

***

Po zachodzie unosiły się już tylko
plamy olejnej farby
i rozmyte kartki papieru
na wodzie.

Wierzby płaczące zanosiły się śmiechem
Nad ciemnymi wałami 

zdjęcie: Maria Krowiak