O autorze
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Do Burmistrza Miasta Królewskiego Sandomierz

Panie Burmistrzu!

Nazwa 'Przytulisko na Wiśniowej' dzięki portalom społecznościowym znana jest w całej Polsce. Brzmi ciepło i przyjażnie, facebookowicze-psiarze czekają na "apdejty" z życia rezydentów, pomagają szukać stałych domów dla różnych Saszek, Spinek i Rudzików. Nie tylko w Polsce zresztą. Ludzie w Kanadzie śledzą losy Pluta, który tak pokochał Wiśniową i swych opiekunów stamtąd, że wrócił wiele kilometrów z adopcyjnego domu, gdzie nic mu do szczęścia nie brakowało. Wrócił, bo w przytulisku jest pani Dorota, jest Marcin, Monika, Justyna, są młode wolontariuszki, które co weekend – utytłane w błocie, psich kupach, upaćkane psimi pyskami – nie wyjdą z przytuliska zanim każdy boks nie jest uprzątnięty, każda miska napełniona i każda uśmiechnięta psia gęba nie wyprzytulana.
Niedaleko Przytuliska stoi potężny kościół. W ogóle, sądząc po ilości i gabarytach kościołów w naszym mieście, powinien być Sandomierz wzorem miłości chrześcijańskiej. Czemu ja się tak tych kościołów czepiam? Bo już niedługo wszyscy tłumnie tam ruszą. Będziemy wzruszać się zbiorowo nad dzieciątkiem w żłóbku i będziemy dla siebie uroczyście dobrzy. Podzielimy się opłatkiem, a po wieczerzy powiemy dzieciom/wnukom, że o północy przemówią do nich ludzkim głosem zwierzęta. Ale tylko pod warunkiem, że były bardzo, bardzo grzeczne. A dzieci w zachwycie będą wpatrywać się w Fafika albo Mruczka, czekając na to wigilijne misterium. Jednocześnie trzęsąc portkami, czy Fafik wypaple o tym, co tam widział spod kudłatych brwi, kiedy mama nie patrzyła.

Pan, panie Burmistrzu, jak i reszta Rady Miasta, możecie spać spokojnie. Żaden pies do Was ludzkim głosem nie przemówi. Nie wypomni Wam odciętego prądu w przytulisku – zresztą może nawet nie zauważył, bo choć Wiśniowi potykali się po ciemku po terenie i budynku przytuliska, to psy zostały nakarmione i legowiska otulone kocami i kołdrami, żeby Pluto i spółka nie zamarzli. A może Pluto myśli, że to taka nowa świecka tradycja, bo to już drugi rok tak z tym prądem... Nie ma też obaw, że zwerbalizują w jakimś ludzkim języku pretensje za (wciąż realną) groźbę zsyłki do katowni w Białogardzie. Nie będą wypominać, że służby miejskie, nie bacząc na nielegalność przytuliska, zwoziły podtopionych nieszczęśników na Wiśniową w czasie powodzi w Sandomierzu.

Dziś po powodzi nie ma już prawie śladów w Sandomierzu, ale na Wiśniowej wciąż siedzi Cyklop, nieszczęśnik, który w wielkiej wodzie stracił oko. I właścicieli, którzy przecież gdzieś są, ale się po biedaka nie zgłosili. Przyjęto go na Wiśniową – tam sobie starowina dożywa swoich dni, dopieszczany przez tych nielubianych przez władze królewskiego miasta, Sandomierza.

No właśnie, o co chodzi z tą królewskością, na co takiego tu się snobować? Co z tej królewskości wynika? Jesteśmy lepsi od innych miast, jacyś szlachetniejsi? Może jednak spróbujmy snobować się na społeczeństwo obywatelskie, wspierające inicjatywy, wolontariat. Ta królewskość jakoś zajeżdża mi królem Ćwieczkiem bardziej.

Czy ci ludzie z Wiśniowej zostali kiedyś za swoją ciężką, brudną i niekończącą się robotę wynagrodzeni, czy ktoś docenił ich święta, weekendy, urlopy spędzone na sprzątaniu psich kup, wyczesywaniu skołtunionej sierści, ratowaniu kolejnego nieszczęśnika skatowanego przez nocnych obywateli królewskiego miasta i okolic? Można po królewsku nie zauważać, że za taką robotę miasto musiałoby wybulić porządną kasę etatowym pracownikom. Czy dostrzegliście, że młodzi wolontariusze z sandomierskich gimnazjów więcej uczą się tu o potrzebie angażowania się w pomoc bezbronnym i słabym, niż w jednej z tych licznych, sandomierskich budowli?

Wyrzućcie psy z Sandomierza i udawajcie, że nie ma sprawy i nigdy jej nie było. A potem zasiądźcie z pełnym brzuchem i pustym sumieniem do kolejnego świątecznego posiłku.
Tylko uważajcie na świątecznych spacerach, żeby nie natknąć się gdzieś na słaniającego się z głodu i zimna bezpańskiego psa. Bo one jednak tak zupełnie nie znikną.

Z obywatelskim pozdrowieniem,