O autorze
niedziela, 29 grudnia 2013
Ariadna (wiersz w odpowiedzi na wiersz)

Na brzegu wanny Ariadna w trzeciej ciąży
zdeptanym kapciem
rozgniata rybiki,
których nie dopędziły tłuste pająki.

Z kąta złowrogo wpatrują się w nią
Jednoocy,
Clorox, Javox i Domestos.

Musi jeszcze wyprowadzić psa
a Tezeusz znowu utknął w korku
(tak twierdzi)
więc niech idzie spać i nie czeka na niego

Ariadna odrywa wysnutą nić
ze starego szlafroka

i spuszcza wodę.

środa, 11 grudnia 2013

Idziemy wczoraj przez rudnicki cmentarz, ja, mama i ciotka. W ogóle przez ostatnie dwa tygodnie ciągle łażę po cmentarzach, ale nie o tym akurat teraz. No więc idziemy przez rudnicki cmentarz, tam leżą prawie wszyscy bliscy ze strony mamy. Tzn wszyscy nieżyjący bliscy. Żyjący bliscy leżą wciąż jeszcze na kanapach, szezlągach... no nie, bez jaj, nikt z moich żyjących bliskich nie ma szezląga. Ale to nie o szezlągach miało być. No więc idziemy sobie przez rudnicki cmentarz, ja, mama i ciotka. Ciotka robi nam updejty o upgrejdach w sąsiedzkich grobowcach i alejkach. Przystajemy przy grobie jakiejś sąsiadki moich nieżyjących krewnych, lat niespełna 60... - "Oooo" -, mówi ciotka - "Poszła gotować obiad... i po niej. Na nic się nie skarżyła, nic jej nie było, a tu przy obiedzie... tylko moment". 

Kobiety, ile razy mam wam mówić? Nie wchodzcie więcej do kuchni!

Kiedy nikt nie patrzy

Kiedy nikt nie patrzy

bawimy się w domek

ustawiamy stosy
zmyślonych talerzy
w niewidzialnych szafkach
ścieramy przezroczysty kurz

z fikcyjnych poręczy
zjeżdżają niestworzone dzieci

w słojach pod stołem
syczą ogórki
całkiem urojone 

a
tłustym okiem wyobraźni
łypie na nas niedzielny rosół
i śliwka 
w wiadomym kompocie

Z nierealnych tapet na ścianach
oblepia nas dorosłość

w którą wpadliśmy
choćby nie wiem co.

Polska, 16 Listopad

Dziś dla kontrastu dzionek rozskrzony słońcem, a ja sobie jadę przez Saryszew, Iłżę ku miastu matek i jak Polak z kawału zachwycam się typowo dla Polaka z kawału, "o kurwa, jak pięknie!" wzdychając od czasu do czasu dla równowagi "O Jezu, jak cudnie..." bo cudnie jest. Oszczędzę Wam jednakże zachwytów bo i tak wszyscy zawsze mówią, ze opisy przyrody w lekturach omijali szerokim łukiem więc co będę na darmo klawiaturę wyklepywać. 


No więc oscylując tak pomiędzy sacrum a profanum popycham sobie od Radomia do Sandomierza nie zważając na szarżujące na mnie z lewa i prawa dziki, nosorożce i bojowniki. Nie dam się nawet sprowokować siedzącemu obok duchowi mojego ojca posykującemu, "niedługo to cię nawet rowery będą wyprzedzać!" ani "pych go, córek, pych go!". 

Od jakichś 10 minut uczepiony mojej dupy czerwony na pysku Byk W Skórze za kierownicą Skody Fabii atakuje raz po raz, bohatersko próbując pokazać blondynce w zrywnym gównie (mła), że co to dla takiego byka jak on podwójna ciągła w terenie zabudowanym. Obok Byka W Skórze żona w apaszce o twarzy równie czerwonej. 
Przerzucam się chwilowo mentalnie z tematyki krajobrazowo-refleksyjnej na społeczno-feministyczną - o ile dla byka w skórze nie potrafię wykrzesać ani odrobiny współczucia, że mu tych chałup tu tyle nabudowali wzdłuż krętej drogi i to jeszcze złośliwie przechlastali podwójną linią tak dla jego żony (jako kobieta w słusznym wieku) mam cały bagażnik empatii. 
Nieszczęsna kobieta o ile nie zginie niewinnie w czołowym zderzeniu to przy najbliższym uderzeniu gorąca skonsolidowanym z szarżą Byka W Skórze pierdolnie na zawał.

Nawet to współczucie jednak nie sprawi, bym pojechała nawet kilometr szybciej lub wolniej niż nakazuje lub zakazuje przepis dotyczący jazdy w terenie zabudowanym. Nie zamierzam tez zjedżać do przydrożnego rowu dla podniesienia teststeronu Bykowi z Fabii. Nie poddam się głosom z forów przeróżnych jakoby to tacy jak ja byli przyczyną wypadków. Jadę sobie jak ustawa przewiduje kontemplując ilość przydrożnych krzyży. 

W pewnym momencie Byk W Skórze pociska i jak strzała przemieszcza się z jednego miejsca za mną na... jedno miejsce przede mną. Jego żonie na chwilę żołądek opadnie z gardła do żołądka a ja mogę sobie powrócić do mentalnych opisów przyrody.
Polska, 14 listopad

 

Przesiąkły na wylot smutek listopadowego dnia, napawam się setnie bólem istnienia. Nie wiem co lepiej oddaje stan mojej duszy, kaprawy gawron na czubku kikuta dawno umarłego drzewa czy nieskończoność szarej blachy falistej, którą pokryte są ściany nijakiego budynku na nijakiej ulicy. Radosnym skwarkiem jawi się nabazgrany na niej czarną farbą "HUJ", ale odpędzam figlarną myśl - nie po to sobie wypracowałam ten perfekcyjny stan beznadziei, żeby mi to jakiś huj popsuł. 

Moknę sobie smętnie. Mogę wprawdzie kupić parasol, ale...j/w. 
Dostojna w smutku dochodzę do celu mej wędrówki - zaplecza zakładu trudniącego się wymianą instalacji gazowych. Drzyzdające spod kół samochodów błoto na rozmokłym placu osiada na nietypowym dla mnie tak płaszczyku jak i stanie ducha. Wyblakłe szyldy dzielą się ponurą informacją, ze stacja diagnostyczna głębiej w podwórzu a wymiana okien przeniesiona.
Walczę z uśmiechem kiedy mechanik przyprowadza samochód z komentarzem, "takie gówno ale zrywne!". Żadnych mi tu, kurwa uśmiechów!


Po kilku rzęchach odpalam auto i zapadając sie w kolejne dołki i podskakując na wybojach odpływam moim zrywnym gównem w szarość dnia, który by mi zrobić grzeczność skończy się o 16-tej.