O autorze
sobota, 28 marca 2015
Bramy mojego miasta

zdjęcie: Zbyszko Cegła

W bramach mojego miasta
łagodnie się na zdjęciach
kładą światłocienie,
że niemal nie czuć 
fetoru uryny.

W bramie mojego miasta 
o czwartej nad ranem,
w zapleśniałej ścianie
objawiła się Matka Boska
pijanej małolacie co wracała z imprezy.
I poczęła tłustego Gracjana
ku radości babci i społecznej opieki
na kolejne dwa pokolenia.

W bramach mojego miasta
słychać śmiech dawnych dzieci,
co wciąż ganiają za kółkiem
choć dawno zmarłe na dyfteryt
i te na gruźlicę, lecz przecież
cudem ustrzeżone od autyzmu.

Gruba Walczakowa, 
przegania je miotłą by nie naniosły kurzu
na zamiecione podwórko,
gdzie nabzdyczone świątecznym krochmalem
pościele i wydymane halki.

W bramach mojego miasta
hula pijany diabeł a ludzie mówią,
że przeciąg.

 

zdjęcie: Zbyszko Cegła

 
 
środa, 25 marca 2015
Wskazidełko



Nie tak się umawialiśmy

moje drogie Życie;

Miały być głaski, oklaski 

i zupa pomidorowa

na każde danie.

 

A potem na trzepaku 

do zmroku.

 

Miało się być aktorką 

lub weterynarką, albo panią od polskiego

snującą się po korytarzu z łagodnym uśmiechem

i chustą na ramionach.

Lub przynajmniej tą dziewczynką z kokardami, 

którą pani zawsze trzymała za rękę.

 

A jakby juz naprawdę nic nie wypaliło

to chociaż żeby mieć

to wskazidełko Adama Słodowego,

którym, jak Pan Bóg Przenajwyższy w Niebiosach 

wskazywał gdzie łączy się:

Drucik.

Z blaszką.

Tak, zeby się nie rozpadło.

 

Ja nie mówię, że ma być ciągle

i że ma być za darmo,

Ale czemu jak korona to tylko na zębie?

i że mądrości życiowe najlepiej sprawdzają się

na fejsie.

Szczególnie te źle przetłumaczone

i z nie tym autorem.

 

I do tego czas nagle zapierdala jak jajkowy minutnik,

że nie ma szans by przeczytać 

cały ten drobny druk

 

pod aktem urodzenia.

wtorek, 24 marca 2015
Co rano...

Co rano budzimy się z dorosłością w brzuchu
jak z kamieniem.

Mowimy sobie, nie jest źle
w końcu na Bliskim Wschodzie...
Tymczasem bomba rozrywa nas od środka
czasem trzy razy w tygodniu.
Wszędzie gruz, że nie wiadomo w co ręce wsadzić.

Ocieramy twarz z pyłu
bo gdzies tam, na innej półkuli... 

Ja was bardzo przepraszam
ale każde z nas
jest na innej półkuli.

Trzeba wstawać 
choć juz wiemy, 
że wiersze Zagajewskiego nie są odpowiedzią na naszą pustkę
a pytaniem o jego własną.

Czasem jedyne co trzyma nas w pionie to 
wspomnienie sztucznego miódu i zbożowej kawy
na koloniach w Turawie
40 lat temu.

bo nawet poezja (jak się okazuje)
jest ograniczana przez zakaz stadionowy.

środa, 04 marca 2015
Nieskończoność

ilustracja: Ewa HenryPoszłam zapalić świeczkę ojcu. Miał 67 lat kiedy umarł 10 lat temu. Tyle samo co niedawno zmarła Małgorzata Braunek.  Przeczytałam wiele wywiadów z nią, pięknie mówiła o życiu, przemijaniu i odchodzeniu.  

Jako dziecko ciągle myślałam o śmierci, nie mogłam spać w nocy, rozmyślałam o jej nieskończoności. 

 

Pamiętam kiedy odkryłam koniec świata. Taki fizyczny, wiedziałam, że tam się kończy świat bo ziemia tam właśnie zakręca. Gdyby ktoś  jeszcze tego nie wiedział to koniec świata jest za ogródkami działkowymi w Łańcucie. Dla bezpieczeństwa jednak odgrodzono go drucianą siatką. Sprawdziłam niedawno w Google maps, nadal tam jest. Z góry wygląda trochę inaczej, nie tak beznadziejnie. W dzieciństwie  jednak wpatrywałam się weń, czując jak poczucie jako-takiej stabilizacji wycieka pomiędzy okami drucianego ogrodzenia. Chodzilismy tam na wakacjach,  ja i brat, z dziadkami. Nienawidziłam tego szczerze; Najpierw trzeba było iść w upale jakieś 20 km (kilometrów może było ze dwa, a moze jeden) a potem utknąć między odgrodzonym drutem końcem świata a nieskończonością cynkowanego wiaderka, do którego zbierało się porzeczki. 

 

Z tyłu otchłań i z przodu otchłań. A między tym gderliwi dziadkowie balansujący na krawędzi katastrofy jakby zupełnie tego nieświadomi. 

 

Zaś w ich mieszkaniu na Lumumby (było jakieś pocieszenie w egzotyce tego faktu - nikt inny, znany mi nie mieszkał na ulicy Lumumby) leżałam w środku nocy wsłuchując się w nieskończoność tykającego zegara. 

 

Ja, dziecko zakładowego osiedla, którego rzeczywistość definiowała cała symfonia codziennych i conocnych dźwięków - syrena hutnicza, przetaczane wagony z surowcami do produkcji szkła, zrzucana stłuczka szklana gubiłam się w nieznanej mi ciszy.

W nowym miejscu, w ciemności trzeba było na nowo nawigować przestrzeń szczelnie wypełnioną czernią bez pomocy znanych dzwięków.

 

Oczywiście zegara też nienawidziłam - takie bydlę złodziejskie - jemu przybywało tyknięć moim kosztem - czułam to wyraźnie. Mojej rozpaczy dopełniały dziadkowe łapki na myszy rozstawione w kuchni (mieszkanie było w na parterze, w starym bloku z kaflowymi piecami), czekałam z szeroko otwartymi oczami na charakterystyczny trzask i pisk nieszczęsnej ofiary.

 

W ciemności wizualizowałam jej męczarnie w mojej pięcioletniej głowie aż nie nadszedł sen. Raz próbowałam dziadkowi rozbroic łapki;  Przyciełam sobie palec, dostałam w dupę od dziadka a na koniec jeszcze wysłuchałam babcinego dramatycznego post-lwowskiego "ta, ty szalona, ta ja wam jeść muszę dać! Ta, ty by myszom wszystko dała! Szczerze mówiąc babcinego nawet myszy by nie zjadły – to był kolejny kalkulator nieskończoności – bezdenna głębia talerza z babciną zupą, która niezależnie od zawartości smakowała zawsze tak samo słodkawo i różniła się od reszty babcinych zup tylko kolorem. 

 

Nie wiem jakim cudem w ogóle przespałam kawałek nocy na tych wakacjach u dziadków. Gdy tylko zaczynało rozmywać się w półśnie tykanie i myszy uratowane odpływały cynkowym wiaderkiem za zakręt na końcu świata... zaczynał chrapać dziadek jak skrzyżowanie radzieckiego lodołamacza z młotem pneumatycznym.



No więc co to ja chciałam powiedzieć - przeżyłam własne dzieciństwo. Przemijanie mi już niestraszne. 

Felieton opublikowany w http://www.businessandbeauty.pl/nieskonczonosc-tykajacego-zegara/