O autorze
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Musics (“Muzyki”) film review

 

“Take something, really look at it and try to understand it” are the opening words of Roli Mosimann, Swiss music producer involved in the production of Michal Zygmunt’s “Muzyki”.

What we witness for the next 50 minutes is a sensuous process of discovery and search for understanding in Aga Gonczarek and Patryk Kizny’s film documenting one musician’s creative quest for truth and freedom.

Kizny and Gonczarek introduce the musician, Michal Zygmunt as he begins his story. In their film they tell the story of a storyteller. Although without overwhelming means of expression, yet the viewer never loses the sense that their own story is present the entire time. We are privileged to experience this sensuous ménage à trois that once again will prove that art is not about the final result it is about the process.

Throughout the film we learn, or should I say we have our knowledge re-affirmed, that there is never a single story. Everything exists in context, stories are being born, told and retold and then they take lives of their own.

Where is the viewer placed in this powerful, multilayered storytelling?

The way Kizny leads the camera suggests that we are invited into the narrative. Through the crack in the door, then metaphorically and literally we move backstage. Are we the spies on the creative process or are we allowed to play God moulding the story through our own experiences?

The film documents Michal Zygmunt’s journey. Musically, the departure point for him is Polish folk music. Emotionally – it’s the collection of old photographs of people who lived in the region generations ago, some of them perhaps the musician’s ancestors. The fusion of these two comes through the person of Zygmunt’s grandfather, an old musician who relates to both the people in the old pictures and the original folk music that he played since he was a child.

Now, it’s the grandson’s turn to return to the roots. In his artistic journey he filters out the pseudo folk, the kitschy incarnation of the Polish folk music that still reigns supremely at the little town weddings and village dances throughout Poland. As he reaches to his genealogical roots he exclaims that his quest is to discover the truth in music. As he enucleates it by comparing music of different regions and epochs of both, Poland and the world he arrives at almost obvious, one is tempted to say – naive realization that geography doesn’t matter and there is really only one ethnic music in the world. The truth emerges as he contemplates the departure of the old world and the misplacement of the Polish ethnic minorities who were uprooted after the WWII, moved hundreds of kilometers away and were thrown onto the unknown territory. He finds the same threads in the music from across the world – the blues.

And that is supported by a powerful imagery of Kizny’s and Gonczarek’s. The blazing sun, the tall grass, Zygmunt seated against the wall of the old log house bring to mind blues musicians from the Mississippi Delta; the solitudes of misplaced Blacks expressed in their weeping blues. The hot emptiness of the vibrating horizon reminds of the sense of loss of the aboriginals in Australia given the right of existence in Peter Gabriel’s music in the Rabbit Proof Fence. Michal Zygmunt states at one point – “We are all children here, deprived of our roots”. Margaret Atwood said once about Canada “We are all immigrants to this place even if we were born here” This is Michal Zygmunt’s story – He needs to plant himself in this landscape with a sense of belonging.

And then there is the visual story told by Aga Gonczarek and Patryk Kizny. Just as the musician before them struggled for the purest sound elements, the two film makers do not leave a single detail unturned. They play with their medium, the colour, light and texture. They place Zygmunt – in his own landscape however translated through their powerful cinematography. They literally build their story from the simplest elements. Here they are – the grainy old wooden floors, a crumbling brick wall, and weather beaten walls of a vine entangled log house. This is the home of the story. Which will not be, however, contained within the yard? It is being taken out into this ultimately Polish landscape with its rolling hills, lavishly splashed with red of the blooming poppies and, sprinkled with blue cornflowers. Almost every frame of the film could be pulled and literally framed as a breathtaking piece of art.

Just as Michal Zygmunt draws from the personal to arrive at the universal truth, the film makers duo moves beyond the microcosm of the old log house. There is the personal, and the universal. This is Kizny at his best presenting us with time-lapse photography. And in this tapestry of sound, colour, fragments of history we all meet, we are all interwoven into a greater context o the universe with stars rolling across the vast sky. This is not, however the end of the journey, it’s the departure point for another story.
………………………………….

Ewa Henry, Toronto

poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Kocina po Gdańsku

Stosunkowo niedawno obiegały internet przerażające filmiki pokazujące co w Chinach robi się z bezdomnymi kotami. dziesiątki nieszczęśników wciągane do drucianych klatek kijami, hakami. Reszę trudno nawet opisać. Zwyrodnialstwo w świetle prawa.

My w Polsce oczywiście jesteśmy dużo lepsi od Chińczyków.... kto by tam kota hakiem i do wrzątku?! My na koty mamy kopary. I nie zawahamy się ich użyć. Oczywiście też w świetle prawa.

 

Lisiarnia w Gdańsku Oruni - miejsce  złe - do 2011 hodowano tu zwierzęta futerkowe.  Dobry pan zdzierający skóry z lisów i norek chronił swój przybytek od myszy i szczurów zatrudniając koty na etacie. Dopóki istniała ferma koty egzystowały, były jakoś tam dokarmiane, mnożyły się bo komu by tam przyszło do głowy je sterylizować.  W końcu jednak, zmuszony do opuszczenia miejsca właściciel zwinął majdan. Zabrał te futerkowe na ktorych zarabiał ale  zostawił futerkową, nierentowną resztę. W końcu ktoś kto bije kasę na lisich skórkach defaultowo raczej nie jest nastawiony użalanie się nad głodującym, marznącym kotem.

 

Stado, ktore wczesniej zarabiało tu na michę zostało dosłownie na lodzie. Nieszczęsny los bezdomnego kota, przyzwyczajony do nawet byle jakiej opieki nagle pozostaje bezbronny, bezradny narażony na głód, choroby, okrucieństwo ludzkie. 

 

A jednak...

 

Kilkoro wolontariuszy udowodniło, ze nawet w miejscu złym można zrobić wiele dobrego. Znaleźli się ludzie, którzy zawzięli się by uratować od strasznej egzystencji to przymierające głodem stadko. Czwórka szaleńców wydeptała ścieżki do urzędów, dokopała się do jakichś miastowch pieniędzy, wyżebrała resztę od podobnych sobie wariatów i zdołała wysterylizować, zaszczepic i podkurować tę część stada, ktora przeżyła wyprowadzkę dobrego pana od futerek.

 

I koty sobie żyły, część znalazła stałe domy, większość, podreperowana medycznie i odkarmiona miała się świetnie na wolności. Niektóre mieszkały w opuszczonych klatkach, niektóre dostały wypasione domki z samego UM.

 

Lisiarnia położona jest (była) w połowie drogi między kościołem a posterunkiem policji - przy takiej protekcji nikomu nie powinna stać się krzywda. A jednak w majestacie prawa lisiarnia znów wskrzesiła swą złą sławę, o koty znów upomniał się okrutny los... wprawdzie nie wciągnięto hakami do metalowych kojców, nie ugotowano żywcem jak w Chinach, ale... zajechano koparkami na śmierć. 

Teren miał być uprzątnięty, co oczywiste a jednak mniej oczywiste było to, ze na terenie mieszkają żywe, czujące, rozumne istoty. Podobno nikt nie wiedział, nie widział nie słyszał....

 

Nie wszystkie koty zdołały uciec, część, na swoją zgubę schroniła się w panice w klatkach i domkach. 

Jedną nieszczęsną kotkę zrozpaczona wolontariuszka wyciągnęła spod gruzów z ledwie tlącą się w niej iskrą życia, nie dało się jej jednak uratować. Złamany kręgosłup - kocina nie żyje. Kilka znalezionych, poranionych kotów umieszczono w domach tymczasowych i lecznicach. O wielu nadal nic nie wiadomo.

 

Nie wiadomo też nic w UM - pewnie wszyscy zabiegani w przygotowaniach do Tygodnia Ziemi A nawet założywszy, ze nikt nic nie wiedział - czy naprawdę doszliśmy w naszej znieczulicy do tego stopnia, że NIKT - nikt z tych ludzi pracujących tego dnia na terenie Lisiarni nie potrafił przeciwstawić się - Ochroniarzom nie przyszło do łbów chronić bezbronnego? Operatorzy koparek i spychaczy robili dokładnie to do czego zostali zatrudnieni, kopali i spychali nie widząc spanikowanych kotów ganiających po stercie blachy i najeżonych gwoździami desek. Czy karta zegarowa zwalnia nas z obowiązku bycia człowiekiem?

 

Mamy właśnie Tydzień Ziemi, będą różne inicjatywy na rzecz ochrony środowiska. Segregowanie śmieci, wyklinanie plastikowych reklamówek w sklepach, będziemy zachęcać dzieci do malowania plakatów z uśmiechniętym słoneczkiem na bezchmurnym niebku... tylko się nam zapomina, ba, do głowy nam to nie przychodzi, że kot to też środowisko, i to nie dlatego, że łapie myszy. Dlatego, że po prostu ma prawo tu być, jak ptak, jak drzewo, jak żuk i piasek na plaży. Co jeszcze oprócz kotów zabito w Lisiarni? Zabito wiarę, że inicjatywa obywalska w tym kraju jest warta więcej niż kupa sparciałych dech. Pokazano okolicznym dzieciom, które na pewno znały i dokarmiały koty, ze... chłop żywemu nie przepuści.

 

To ja myślę tak, skoro tam już jest ta kupa desek to z tej kupy zróbmy górkę. Na górce postawmy pomnik, byczy jak nasze wielkie serca, albojeszcze większy... Zaraz... Jezusa już mamy w Świebodzinie, Jana Pawła w Częstochowie... Postawmy Franciszka! Tego od piesków, kotków i ptaszków. Niech się zlecą i nam śpiewają na chwałę.

 

sobota, 13 kwietnia 2013
Na świętym obrazie

Zachwyciło mnie dziś zdjęcie Agnieszki Gonczarek, przypomniały mi się święte obrazy widziane w dzieciństwie.

I wierszyk mi się sam napisał:

Na świętym obrazie
różowym aż po czyściec
tłuste aniołki
tarzają się w chmurach.
Boża gosposia,
gderliwe babsko
zagania je miotłą
by nie wypadły z ramy.
Juz raz jej uciekły do piekła
a mają być na niedzielę.
Na rosół.

sobota, 06 kwietnia 2013
Boćki, Wajrak i sprawa polska


Opowieść dedykowana Adamowi Wajrakowi bo uwielbiam gościa a obawiam się, że niedługo nawet jak krowa na wsi padnie a będzie biało-czarna to będzie na Wajraka. I dzieli się Polska jak długa i szeroka, i jedni dadzą sobie własne serca i podroby wydziobać a boćka uratować a drudzy by najchętniej sami te podroby wyżarli (jak jedna babka, góralka, co to może nie bocianie podroby ale kapustę w zimie z paśników

kradła bo jakby ona nie ukradła to by reszta wsi ukradła). No więc podzieliły boćki Polskę. I żeby nie było wątpliwości - jak ja bym takiego boćka z jajami przymarzniętymi do lodu znalazła to bym mu własnymi zębami te jaja od lodu odgryzła, bociek zostałby w asyście i z należytymi honorami przyniesiony do domu, gospodyni by mu mu własne łóżko oddali, dziecko nie chodziłoby do szkoły przez tydzień na to konto i z uciechą obserwowało jak bociek obsrywa dom, babcia Maria by boćkowi getry zrobiła i ochraniacze na odmrożone jaja, pokochalibyśmy bociana do szpiku kości co go bociek nie ma. Po czym jakbyśmy juz go kochali jak własne dziecko i juz bysmy mieli dla niego upatrzoną oponę od traktora i plan emerytalny to nam by ten bociek zdech. Bo niestety, jak prawda wyjrzy zza krzaka jak dupa z pokrzywy to o ile  pamiętam to większość ptaków, ktore chowalismy (z wyjątkiem piskląt szpaków ktore wypadły z gniazd i te trzymało się na balkonie w klatce bez większego kontaktu z naszą niszczycielską miłością oprócz oczywiscie karmienia na żądanie) to wszsytkie te moje pokochane macierzyńskim uczuciem kończyły tragicznie. 

 

Mój piękny brodziec stawowy, który przelatując nad Polską ku Szwecji padł w sitowie nad Pilicą ze złamany


m skrzydłem niemal prosto pod moje nogi. Mówiłam do niego Panie Profesorze bo kołysał się dystyngowanie na swoich długich nogach gdy wychodził ze swojego kąta na karmienie, elegancki w papierowej banderolce podtrzymującej jego złamane skrzydło, wykopałam wszystkie dżdżownice nad Pilicą, wynosiłam go czasem na dwór, zeby nie zapomniał jak wygląda niebo, az któregoś dnia Pan Profesor spojrzał w górę, rozejrzał się od wschodu do zachodu i cichutko sobie umarł. Strasznie płakałam po Profesorze, pochowałam go w sitowiu.

 

Potem był droździk, ktoś go przyniósł do mnie - gołe ptasie niemowlę. Uczucie wybuchło ze zdwojoną siłą. Znowu po pokoju wiły się kłęby rosówek, znowu Beata dostwała ataków paniki, Ptasie dziecko dostawało piór, ja z dumą obserwowałam jak tłuścieje, konczył się rok szkolny, Droździę ganiało za mną na każde gwizdnięcie, budziło mnie dziobaniem w oko. Zawsze w prawe, lewe chciało 

mi zostawić do kopania rosówek. I ganiało dalej. No właśnie - ganiało, bo latać nie chciało. No i przyszły wakacje i trzeba było drożdzie dziecko co juz nie było droździe tylko ludzkie zabrac do domu do Sandomierza z miasta uniwersyteckiego czyli Turna pod Białobrzegami Radomskimi. Jechalismy okazją jakos panom wytlumacyzlam, ze to w koszyku to ptaszek i ze muszę go nakarmic rosówkami bo będzie mordę darł. Darł i tak. W domu rodzinnym życie domowników zostało przeorganizowane przez nieletniego lokatora, ktory siedział na karniszu, srał na firanki darł mordę i wkurwiał psa, ktory zdzierał firanki, darł mordę i zastanawiał kiedy to piórzaste stąd sobie pójdzie. Wynosiłam Droździę codziennie na podwórko, sadzałam na gałązce, zeby wiedział jak to ptaki siadują na gałązkach. I nic. 

Ktoregos wieczoru mylam okna, zostawiłam wiaderko z wodą na parapecie i poszlam bo przyszła Ewka. 

Jak wróciłam po godzinie to moj droździk spał snem wiecznym w wiaderku. Wyłam całą noc. I następny dzień. I następny. Pochowałam droździka za blokiem. 

 

Wiele lat później, juz w Kanadzie, u przyjaciólki w ogrodzie spadło robinie gniazdo podczas burzy. Dramatyczna akcja ratownicza zdołała usmiercic tylko trzy z czterech, porzuconych przez rodziców niemowlęta. Pozostał Gucio. I zrozpaczona córka przyjaciółki. Nie miałam wielkich złudzen co do przyszłości Gucia ale widząc smutek tego dziecka stwierdziłam, że każde dziecko musi mieć w życiu ptasie dziecko, które będzie chciało uratować a on mu potem prawem natury umrze.

 

Nauczyłam dziecko kopać dla dziecka robaki, właściwie cała rodzina karmiła dziecko na zmianę, Zorganizowalismy klatkę, zeby dziecka koty sąsiedzkie nie zeżarły kiedy sobie leżaczkowało i darło mordę na słoneczku. No i darło i darło tak az zwabiło kanadyjskiego chipmunka - sympatyczne stworzonko z kreskówek, z pyzatą buźką - stworzonko niewiele od Gucia większe i na tyle malutkie, ze wśliznęło się między prętami klatki i...przegryzło Guciowi gardło. Dziewczynka mojej przyjaciółki rozpaczała za Guciem jak ja ćwierć wieku temu nad Panem Profesorem i nad utopionym Droździęciem. 

 

No to tak chciałam powiedzieć właśnie, że, choćbyśmy sobie wlasne podroby wyszarpali z jamy brzusznej to będzie co ma być - tyle, że my się przez chwilę poczujemy lepiej a Wajrakowi tych boćków nikt do końca tego kraju nie zapomni.