O autorze
poniedziałek, 26 maja 2014
recenzja powieści "Kuzyneczki" Teresy Moniki Rudzkiej

 Po przeczytaniu "Kuzyneczek" odczuwam zdecydowany brak. Brak kuzyneczek! Miałam całą  watahę kuzynów, Wojtka, Zbyszka, Pawła. Miałam starszego brata i jego kumpli, i ich kumpli.  Pamiętam takie opowiadanie o kocie, który dorastał wśród psów aż zaczął myśleć, że jest psem. Kuzynki urodziły mi się kiedy juz całkiem nieźle umiałam szczekać. Kolejne 40 lat zajęła mi dekonstrukcja nabytej tożsamości. Z kuzynką Anką przegadałyśmy całą noc dopiero po dzieciach i po przejsciach.

 Tak więc, w mojej życiowej książce skarg i zażaleń jednen z punktów to: Zdecydowanie każda kobieta powinna mieć kuzyneczkę, a najlepiej kilka. Dla konfrontacji na kuchennych taboretach, przy kawie lub herbacie, w duralexie lub czymś bardziej szlachetnym w systemie wartości Reni Radzkiej.

 Opowieści taboretowe włożone w powieść przez Monikę Teresę Rudzką stają się świetnym portretem psychologicznym całych pokoleń kobiet. Pierwsze poznajemy za Niemca, kolejne “za komuny” aż po te wyrosłe po Okrągłym Stole.

 W powieści Moniki Rudzkiej dobro nie zostaje wynagrodzone zło nie zostaje ukarane. Jedno jest pewne - i mamy to na piśmie - poczucie winy jest najsilniejszą siłą napędową w życiu kobiety. Do końca nie wiadomo czy ciężkie życie wielu rozgałęzień i doklejeń żeńskiej linii rodziny Radzkich jest winą ich mężczyzn czy raczej są one ofiarami ról narzuconych przez własne matki sprytnie manipulujące córkami, już to szantażem emocjonalnym, a już to okrutnym rozdzielnikiem matczynych uczuć. Aśka, samotna jedynaczka nie ma wsparcia w coraz to boleśniej przegranej w grę zwaną codzienność z Żenią. Renata, przegrywa w walce o uczucia z młodszą siostrą Marcelą. Oznaki buntu są tłumione, czasem wrzaskiem i  rzucanymi talerzami a czasem jękliwym, “to ja dla was flaki sobie wypruwam….”. Nie ma jak wygrać z flakami własnej matki nawiniętymi na patyk i powiewającymi jak sztandar.

 Moją pasją jest wyłuskiwanie spomiędzy wersów, czytanie brakującego.

Czego brakuje w Kuzyneczkach? Brakuje mężczyzn. Takich, jakimi powinni być. Mężczyżni u Rudzkiej są jacyś nie tego, albo poszli na wódkę, albo do tej drugiej, albo ich zwyczajnie nie ma. Kobiety żyją w swoim hermetycznym świecie oddzielone od świata męskiego czymś tak niepenetrowalnym jak gazeta przykrywająca drzemiącego na kanapie męża.

 Widać jakąś nieprzenikalność tych światów, niby związane z tymi facetami na życie i śmierć i kredyty mieszkaniowe (co na jedno wychodzi), a jednak w “Kuzyneczkach” światy kobiet funkcjonują niezależnie od "półświatków" mężczyzn.

Mężczyżni, według pokolenia Żeni, Rysi, ale też Aśki, Marceli i Renaty są ważni mają dać kobiecie status. Ale to one utrzymują dom, dobre samopoczucie i często brzydkie nawyki mężów. One załatwiają pracę, połówkę świniaka, wyjazd za granicę.

 Jeden Tymek, mąż Asi ratuje odrobinę gatunek ale też, zamiast huknąć na despotyczną teściową to mruczy pod nosem, szasta nóżką, przynosi kwiaty, sam trochę jak przerośnięte dziecko, wraz z Aśką chowa się przed humorami rzucającej talerzami Pani na Trzech Pokojach z Kuchnią. A do tego na koniec umiera sobie i zostawia Aśkę na pastwę Żeni., Julek to pijak ograbiający rodzinę i Toluś na dzisiejsze standardy to pedofil. Antek Szczerbak to… Antek Szczerbak.

 Czy te kobiety są ofiarami, czy sprawnymi instrumentariuszkami w sali operacyjnej zwanej życiem?

 Mój feministyczny scyzoryk otwiera się do walki na noże z Antkiem Szczerbakiem, rozcinającym majtki świeżo poślubionej panny młodej by złożyć się pokornie przy scenie miłosnej na fortepianowym stołku. Najwyraźniej Żenia nie została tak straumatyzowana przez ponad dwukrotnie starszego męża by zatracić ochotę na radosne piano forte z kochankiem kilka lat później.

 Córki Asi i Renaty, Gizela i Nastia to chyba pierwsze pokolenie wolne od poczucia winy. Czyżby ten szalony kołowrotek oskarżeń, zarzutów, wypruwanych żył i flaków i rąk urabianych do łokci skończył przemielać ofiary na tym pokoleniu? Giza i Anastazja dorastają otoczone miłością, dopieszczane przez babki. Nie podcina im się skrzydeł, dorastają silne, piękne z wiarą w swoje talenty. Odporne na straszne staruszki,  pojękujące skatowanym głosem: zabijacie mnie i chwytające się ostatnim wysiłkiem za serce, po czym walące talerzami w ścianę.

 Czytałam wczesniej krytyczne głosy wobec mnogości postaci i wydarzeń w “Kuzyneczkach”. Czy też narracji przechodzącej w dialogi, przeskoki czasowe. A mnie się to własnie podoba. Nie ma konkluzji, jak to w życiu. Jedyni, u których można liczyć na jakąś konsekwencję to umarli. Gajcowa przychodzi do swoich kotów z konsekwencją nieboszczyka.

 Bohaterowie wpadają sobie w słowo, w życie, wyskakują ze śmietników i z zaświatów by przejść kilka chwil spokojnie i znów przeskoczyc dekadę lub dwie. Aśka i Renia nawigują w tej czasoprzestrzeni nieświadome, że już dawno zgubiły czytelniczkę głowiącą się po raz szósty, czy Rysia to siostra czy córka Danki. Jak w tych rozmowach przy kuchennym stole. I nie, żebym gloryfikowała miejsce kobiet w kuchni, ale w czasach przeludnionych M4,  w czasach tzw “komuny” jedynie w kuchni był jeszcze jako-taki stół, przy którym można było pogadać. Obiady w dużym pokoju jadło się na ławie przy wersalce, na której wieczorem spał już na niej, przykryty wspomnianą wcześniej gazetą jakiś Julek, czy Toluś, czy Hieronim.

 Tak więc kuchnia - to tam właśnie przyciszonymi głosami omawiało się tzw babskie sprawy, kto ma kochankę, a kto miał skrobankę (zadziwiające, że nie było w tamych czasach pojęcia życia poczętego) .

 Z tych rozmów wyłuskuje się potem to co nadaje “Kuzyneczkom”  charakter kroniki czasów. Ten duralex, tureckie ciuchy, tandetne meblościanki, kartki na mięso i buty, wieloosobowe rodziny wcisnięte w mieszkania z wielkiej płyty. I zamknięty w tych mieszkaniach-klatkach ból.

 W każdej rodzinie jest takie zdjęcie, wszyscy wpatrzeni z okolicznosciowym uśmiechem w obiektyw aparatu, a gdzieś czyjaś zacisnięta dłoń na czyimś ramieniu, jakieś oczy uciekające w bok od uroczystego landszafciku.

 Jakieś dziecko, które przez ściśnięte gardło przełyka łzy i smarki i myśli jak strasznie nienawidzi mamusi i tatusia.
.............................................................................
http://ksiegarnia.pwn.pl/produkt/209639/kuzyneczki.html 

czwartek, 22 maja 2014
Kiedy będe starą kobietą

Kiedy będe starą kobietą 
zapuszczę brodę po pas.
(Niech się pieprzy liliowy kapelusz). 

Z moją brodą rozwianą
pójdę parkową aleją
strasząc wiewiórki.

Z brody wytrzepię jak okruchy
strzępy listów od chłoptasiów z kolonii,
i chichocząc złośliwie
będę wtykać laskę
w szprychy trójkołowych rowerków.

Żadnych tam jabłuszek w kieszonce fartucha,
dla rumianych wnuczków,
ani opowieści o narzeczonym ułanie.
Powiem wszystko,
jak było!
Ciężkie porody
żylaki i łzy.

W rozwalonej torebce będę nosić
książeczkę do nabożeństwa
dla jaj.

(Nikt nie podskoczy rozmodlonej babuni
z brodą).

Będę drażnić pekińczyki i jorki
a mewy nakarmię chlebkiem
nadzianym laxigenem.

Na koniec zaś, jedynym zębem,
(jak na złośliwą staruchę przystało)
ugryzę w dupę
czas.