O autorze
wtorek, 18 czerwca 2013
Wszyscy jesteśmy idiotami...? Ja jednak zaprzeczę.

Przypomniał mi się mój ojciec, ktory nie cierpiał podzielać opinii, a przyparty do muru pytaniem typu, "no i co, ojciec, fajnie, nie?" odpowiadał  "...i fajnie... i nie fajnie" z charakterystycznym przekąsem.

 

No to ja mam tak z artykułem Izabeli Brodackiej "Jesteśmy idiotami" (co go Zbyszko uprzejmie linkuje) - pani Brodacka uprzejmie nie zaprzecza a ja powiem, i jesteśmy i nie jesteśmy.  Nie to, że my tymi idiotami jesteśmy według pani Brodackiej, według niej idiotami jest dzisiejsze pokolenie maturzystów.  Upadek edukacji dostrzega przede wszystkim w obniżonym poziomie matury z matematyki. 

 

Ja nie będę się kłócić z  opiniami, ze edukacja dziadzieje. Pewnie dziadzieje bo im człowiek starszy to wszystko dziadzieje. Świat dziadzieje. Ale będę się kłócić z tym cieplutkim przekonaniem, że my bylismy mistrzami intelektu, całki i rozszczepionego atomu.

 

Pani Brodacka ubolewa, że matura z matmy teraz jest mniej więcej na poziomie panienki odważającej buraki w warzywniaku i jej podobnego plebsu. (Przede wszystkim nie podoba mi się uzywanie określenia plebs w stosunku do uczciwie pracujących obywateli - na jakimkolwiek poziomie nie byłaby ich znajomość matematyki).  Pada pytanie: Jak to się stało, że w ciągu ostatnich 20 lat przeciętny maturzysta osiągnął poziom niższy od ucznia V klasy szkoły podstawowej w PRL? 

 

Ja zaryzykuję twierdzenie, że przeciętny maturzysta nigdy tak naprawdę nie osiągnął wiele wyzszego poziomu. Nie mówię oczywiście o maturzystach z klas o profilu matematycznym, ale też podejrzewam, nie z rozszerzonej matury były przytoczone przez panią Brodacką zadania. W mojej klasie o profilu ogólnym z bardzo kiepską nauczycielką matematyki maturę z matmy samodzielnie napisało może z 5 osób. 

 

Z tego wszystkiego najbardziej przekonuje mnie mój kumpel (matura '80), który twierdzi, ze dzisiejsza matura z matmy jest na tak beznadziejnym poziomie, że nawet on by ją zdał, a kiedys, na tej porządnej musieli mu podawać ściągę przez dziurę w ścianie. 

 

Jak to jest, że ci, którzy opłakują upadek edukacji czasem jeszcze na emeryturze budzą się zlani potem bo im się śnią te pociągi, które choć juz dawno powinny się minąć to pędzą i pędzą ku sobie by noc po nocy zderzać się w naszych niedouczonych głowach.

 

Jakość matury z polskiego zaś mierzy się tymi nieszczęsnymi bohaterami romantycznymi, pozytywistycznymi, i okresu 2 wojny, którzy ładnie się sprawdzają w tematach maturalnych ale w życiu niezazbytnio.  A jak dziś ktoś narzeka, że znów te same tematy pełne dźwięcznych słów i nieżyciowych prawd to nasze pokolenie mędrców wrzeszczy, że trza mieć wzorce i te, jak im tam... kanony.  To ja się pytam czemu te całe pokolenia wychowane na bohaterach pozytywistycznych i romantycznych i Bogurodzicy rozkradły zakłady pracy, szpitale, doprowadziły do upadku którejś tam, juz niepamiętam której to Rzeczpospolitej. Ja to bym chciała, żeby maturzyści  wchodzący w dojrzałe życie umieli napisać coś o postawach obywatelskich wzorując się np. na ludziach z sandomierskiego przytuliska dla bezdomnych psów. A nie "Ludziach bezdomnych", co byli dawno i nie prawda.  I żeby jeszcze umieli te postawy zaprezentować w prawdziwym życiu. Taki burmistrz Królewskiego Miasta, Sandomierz,  Borowski co na zjeździe naszego liceum niemal się unosił na skrzydłach własnej chwały pewnie miał piątkę z matury na temat cnót prawdziwego Polaka, teraz zaś bezpardonowo wypierdala na zbity pysk i przytulisko i psy i wolontariuszy.

 

Nasze pokolenie opiewające poetów czasu wojny co z kwiatami na czołgi i wychwalające postawę Stasi Bozowskiej  co pisała fizykę dla ludu wstrząsana gorączką tyfusu jednocześnie chwali się jak zwalało na maturze, jak szykowało cały system ściąg, jak przerzucało bohatersko pytania za okna gdzie w krzakach siedzieli kumple - studenci matematyki

 

Problem jest w przekonaniu, ze edukacja kończy się na szkołach. Gdzieś w nas pokutuje to opinia jakoby my w tych prastarych czasach odbieraliśmy staranne i wszechstronne wykształcenie. 

 

O ile pamiętam to na cały blok jedynie u nas była biblioteka, w rezultacie nie przeczytałam ani jednej lektury bo  cały blok pożyczał bo po co se miał kupować własne. I nie oddawał. Z Lalki dostałam 3 pały pod rząd. Z Nad Niemnem 2, do dziś zresztą nie przeczytałam. Całego Żeromskiego znałam już na pamięć 7 klasie więc postawy obywatelskie miałam jak znalazł do matury (co mi na resztę życia zostało, choć mi Żeromski przeszedł). Zawsze było tak, ze kto miał co umieć to to umiał, a z czego był tuman to mu najlepsze korepetycje nie pomagały. 

 

A wracając do matematyki to:

 

Babcia udzielała korepetycji z matematyki 60 lat temu, ojciec udzielał korepetycji z matematyki  50, 40 i 30 lat temu a co się naklął na przeróżnych tumanów, tłuków pięściowych i matołów to tylko jego. Na jednego  w końcu machnął ręką i na czas matur wyjechał do sanatorium pozostawiwszy matoła na łasce kanapek z kiełbasą szynkową wnoszonych na salę egzaminacyjną  przez litościwe matki. Ci którzy nie załapali się na kanapki liczyli na litość przechadzających się między rzędami nauczycieli.

 

Chwała tej matce co w bułce wrocławskiej pod kiełbasą szynkową wniosła tę ściągę bo nie dane by mi było pózniej zostać ani technikiem analityki, ani animatorem kultury ani tym bachelorem od visual arts ani tym co jestem teraz. To znaczy tym co jestem teraz to bym była i tak, ale moze skończyłabym edukację na jakiejś szkole policealnej i teraz odważałabym buraki po tej czy po tamtej stronie oceanu zmagając się z poczuciem niespełnienia życiowego. Znam ludzi, którym ktoś spierdolił kawał życia bo nie dopuścił do matury albo uwalił nieszczęśnika juz nie mówię z matmy... moją koleżankę pokazowo upierdolono z WOS!  Do dziś nie wie za co. Dzisiaj komisji maturalnej nie wolno drgnąć od stołu, matki z kanapkami nie mają wstępu w pobliże szkoły. A maturę jakoś zdać trzeba.

 

W dniu uzyskania trójki z matury z matematyki zapomniałam mniej lub bardziej o jej istnieniu a z powodzeniem kontynuowałam edukację ponad średnią przez kolejne 10 lat. Po latach jako tako mi się  w końcu przydała jak przyjechałam do Kanady i zaczęłam odważać buraki. Tyle umiałam, ze potrafiłam wbić na kasie 2 kawy, 2 donaty i bajgla z krimczizem - kasa dodawała bo od tego jest kasa.  W międzyczasie studiowałam sobie visual arts i literaturę kanadyjską i zdobywałam nagrody dziekana i w życiu by nikomu do głowy nie przyszło, żem  według Brodackiej idiota. Ale też nikt mnie nie miał za geniusza z PRL-u.

 

Skoro pani Brodacka powołuje sie na system zachodni to czemu nie pójść po całości i systemem zachodnim nie zlikwidować matury w ogole. Szkoły średnie (wbrew temu co twierdzi pani B. nie tylko absolwenci elitarnych prywatnych szkół idą tu na studia)  mają tzw system kredytowy, można brac kursy z różnych przedmiotów na dowolnym poziomie. Egzaminy odbywają się na koniec każdego semestru a ich wyniki, wraz ze średnią z ostatnich kilku semestrów szkoły średniej decydują o jakości dalszej edukacji, albo jej zakończeniu. Bo czemu akurat wszyscy mają zdawać matematykę? A nie geografię? Albo historię? Zresztą co nam z tej matury jak teraz każdy ćwok, który potrafi zrobić copy/paste ma dzisiaj magistra.

 

Mnie raczej boli co innego, że przy takiej dostępności wiedzy ludzie przestają ją kwestionować. Nie dbają co przekazują dalej jako pewnik. 

I tu się zgodzę z panią Brodacką, ktora proponuje "wklepać w wyszukiwarkę hasło „prawdziwe zdjęcia duchów” i potem uwierzyć w to co zobaczycie i posługiwać się tym w dyskusjach."

 

Ale, z drugiej strony taka mi sie przypomniała scenka z ósmej klasy, pisaliśmy klasówkę z historii - Rewolucja październikowa i co tam z niej wynikło (oczywiście co z niej wynikało w źródłach oficjalnych). Dorota Kwiecień, co siedziała w sąsiednim rzędzie zmagała się z definicją kułaków a ja za Chiny nie mogłam sobie przypomnieć ani jednego carskiego generała, których miałam wymienić, kiedy pan Sobieraj odwrócił się na chwilę, Dorota wyszeptała dramatycznie w moim kierunku: KUŁACY! Ja w tym samym czasie zakrzyknęłam szeptem: CARSCY GENERAŁOWIE!  W tym momencie pan od historii spojrzał w naszym kierunku i komunikacja została przerwana. Tak  powstała nowa definicja rosyjskiego kułaka, który jakoby był carskim generałem. Co się miało dokładnie tak samo do prawdy jak i i oficjalna definicja, której nas uczono w tamych czasach. 

 

A w takie nam kazano wierzyć i posługiwać się w dyskusjach, co więcej, takie pytania padały na maturze, którą, za złą odpowiedź można było oblać.

 

Tutaj tekst pani Brodackiej:

http://odyssynlaertesa.wordpress.com/2013/06/13/izabela-brodacka-jestesmy-idiotami-przez-uprzejmosc-nie-zaprzecze-czyli/

niedziela, 02 czerwca 2013
Do Pani Redaktor Naczelnej magazynu "Zwierciadło", Katarzyny Montgomery

Szanowna Pani,

Poczułam się zobowiązana do napisania tego obszernego listu po przeczytaniu bardzo miernej jakości  artykułu Katarzyny Kazimierowskiej "W pułapce", traktującego o życiu i twórczości Lucy Maud Montgomery. Tak jego forma, jak i treść,  pozostawiają... właściwie wszystko do życzenia. Artykuł roi się od błędnych informacji i zwykłego niechlujstwa, na które nie pozwoliłby sobie szanujący tak swoją pracę, jak i jej przedmiot, autor. Niesmak mój potęgują infantylizm pewnych stwierdzeń i amatorszczyzna tłumaczenia z języka angielskiego.

Po lekko przerośniętym w formie i treści wstępie do artykułu – nie czarujmy się, Kanadyjczycy kochają Anię, ale ta najnowsza, (przyznam) okropna okładka nie spowodowała tu wojny domowej – następuje pseudo-biograficzny bełkot. Wbrew temu, co pisze Katarzyna Kazimierowska, wiemy całkiem dużo o autorce Ani z Zielonego Wzgórza. Wystarczy tylko sięgnąć po więcej niż mierną biografię autorstwa Molie Gillen. Nie sposób pominąć "Dzienników" Lucy Maud Montgomery, które pisała od wczesnych lat do ostatnich swoich dni (na język polski został przetłumaczony jedynie jeden tom). Chociaż  od kilku lat wiadomo już, że pamiętniki były o ile nie fikcją stworzoną przez ich autorkę, to w wielu fragmentach bardzo dalece zromantyzowaną lub starannie zakamuflowaną prawdą.

A jednak są lekturą niezbędną dla każdego, kto mierzy się z życiorysem i twórczością Montgomery. Tych pięć potężnych tomów to kopalnia wiedzy o Kanadzie na przełomie dwóch wieków. Autorka Ani z Zielonego Wzgórza z detalami opisuje tak stosunki polityczne, jak i wiosenne porządki, swoje przemyślenia na temat religii, dzieli się swoimi obawami, których ta nietuzinkowa dusza nie może powierzyć nikomu w swoim otoczeniu. Poznajemy Wyspę Księcia Edwarda, którą Maud (jak całe życie nazywali ją bliscy ) kocha z pasją. Tu ma Katarzyna Kazimierowska rację – opisy Wyspy to majstersztyk, choć grubą przesadą jest twierdzenie, jakoby były najwspanialsze, jakie można znaleźć w kanadyjskiej literaturze. Chętnie spytam, czy autorka artykułu jest znawczynią literatury kanadyjskiej.

Dowiadujemy się z Dzienników również  o sytuacji społecznej kobiet, takich jak babka Maud, Lucy Woolner Macneill, o której wspomina pani Kazimierowska. Babka, po  śmierci swego męża, pozostawała do śmierci w swym domu jako niewygodna dla rodziny rezydentka, bowiem wedle prawa nie mogła dziedziczyć własności po swoim mężu. Wbrew temu, co pisze pani Kazimierowska, to nie testament dziadka zobowiązał Maud do pozostania przy babce. To jej niezłomny charakter nakazał jej pozostać przy staruszce, która choć gderliwa i zdziwaczała, to przecież dała swojej wnuczce dom, kiedy ojciec Maud opuścił Wyspę Księcia Edwarda po śmierci swojej żony, a matki Maud. Wcale przy tym nie wyglądał na zrozpaczonego, nie odwiedzał córki, nie poczuwał się do finansowego zabezpieczenia jej bytu, zdawszy jej wychowanie na teściów. 

Dają także Dzienniki doskonały rzut na pozycję pisarzy kanadyjskich wobec nieludzkich warunków narzucanych im przez (najczęściej amerykańskie) firmy wydawnicze. Wątek procesu z firmą wydawniczą Page'a w Bostonie daje obraz niewolniczej wręcz sytuacji pisarki związanej wieloletnim kontraktem z wydawcą. Mamy też historię choroby psychicznej Ewana powodujący potworny stres, który przez całe jej małżeńskie życie niszczył zdrowie psychiczne pisarki. Konieczność ukrywania ataków paranoi pastora przed parafianami było chwilami ponad siły ponadprzeciętnie wrażliwej Mud. 

Ponieważ jednak Maud starannie ukrywała wiele kompromitujących faktów, a także powycinała całe fragmenty pamiętników i zastąpiła je zmienioną wersją, dobrze jest więc tak Dzienniki, jak i pisane przez całe dorosłe życie Maud listy do jej dwóch korespondencyjnych przyjaciół, skonfrontować z wydaną w 2008 roku "The Gift of Wings", nieocenioną biografią pióra dr Mary Henley Rubio, która poświęciła życiu i twórczości L.M.M.  niemal trzy dekady. Dla wnikliwego umysłu jest niemałą gratką rozwikływanie poszczególnych wątków z romantycznej otoczki, jaką nadała im Montgomery w Dziennikach i odnajdywanie prawdy właściwej, ukazanej przez ambitną i bardzo obiektywną Mary Rubio, która przecież opracowała Dzienniki zanim wydała biografię pisarki, a którą oparła na setkach wywiadów z ludźmi, którzy pamiętali Maud, przede wszystkim z jej synem Stewartem, który obdarzył badaczkę absolutnym zaufaniem. Profesor Rubio odwiedziła rodziny w Norval w Ontario, gdzie Macdonaldowie rezydowali przez lata kiedy Ewan był pastorem tamtejszej parafii, dotarła do ludzi, którzy znali L.M.M.  na Wyspie Księcia Edwarda.

Dzięki Mary Rubio dowiadujemy się, że wspomniany w artykule Kazimierowskiej wątek grzesznej i skazanej na fiasko miłości z Hermanem był romantycznym, ale jedynie fikcyjnym elementem, wprowadzonym przez złaknioną miłości tragicznej i rozczytaną w romansach L.M.M. Herman Leard nie był ani takim prostaczkiem, ani nie taki ubogi. Wprawdzie Maud była potomkinią dwóch najzacniejszych rodów na Wyspie Księcia Edwarda, ale zdecydowanie nie byłby to straszny mezalians, gdyby wyszła za Learda. Rzecz nie dochodzi do skutku nie ze względu na różnicę społeczną, a prosty fakt, że Herman był w tym czasie zaręczony z kimś innym i nie w głowie był mu romans i małżeństwo z Maud. Łączyło ją z nim raczej sympatyczne koleżeństwo, w okresie kiedy Maud jako nauczycielka w Lower Badeque była lokatorką jego rodziców.  

Pani Kazimierowska krasi swą opowieść skwarkami błędnych informacji, które mało kto będzie chciał weryfikować, a które są czystą nieuczciwością tak wobec czytelniczek, jak i ludzi, o których pisze.  Czytamy, że Maud nie cierpiała nauczania. W swej pracy nauczycielskiej ma różnych uczniów – o ile nie cierpi zacofanego Bideford, to nauczanie w Belmont czy Lower Badeque sprawia jej prawdziwą przyjemność.

Rażącym błędem w artykule jest stwierdzenie, jakoby jedyne prawdziwe przyjaźnie jakich doświadczyła Maud, to te korespondencyjne z Weberem i MacMillanem. Jasnym promieniem w życiu spragnionej bliskich więzi międzyludzkich pisarki była jej przyjaźń z Fredericą Campbell – fakt, że były kuzynkami, pozostawał daleko w tyle za potężną duchową więzią, jaka je połączyła u progu dorosłego życia. Śmierć Fredy, która zmarła w wyniku powikłań po hiszpańskiej grypie, była ciosem dla Maud, z którego przez całe lata nie mogła się podnieść. Do końca życia czuła bolesny brak swojej powiernicy i przyjaciółki. 

L.M.M.  była, owszem, niewolnicą konwenansu, i to strach przed staropanieństwem wpłynął na decyzję o małżeństwie z Ewanem Macdonaldem. Niemniej, jej dochody z pisarstwa znacznie przekraczały wysokość pensji prezbiteriańskiego pastora w dobie kryzysu kościoła protestanckiego. To za jej pieniądze Macdonaldowie kupili w końcu "Journey's End" – dom, w którym zakończyła się ich pełna goryczy podróż przez życie.

Język artykułu pani Kazimierowskiej jest chwilami nie do przyjęcia, tutaj przykład: "W pamiętniku pisze, że boi się umierać w bólu, ale jak na ironię, tak właśnie umiera". Albo to: "Nigdy nie nauczyła się pływać, za to wytrwale brodziła we wszelkich zatokach" – pani Kazimierowska wytrwale brodzi na literackiej płyciźnie. I jeszcze: "A jednak ostatnie lata jej życia kładą się cieniem na wierze Maud w szczęśliwe zakończenia. Mocno przeżywa pierwszą wojnę światową, coraz bardziej zamyka się w sobie". Od pierwszej wojny światowej do ostatnich lat życia Maud minie jeszcze prawie ćwierć wieku. Ponadto, ktoś interesujący się biografią autorki Ani wie, że całe dorosłe życie Maud naznaczone jest pesymizmem. Jak czarna chmura wisi nad nią ciągle przeczucie nadchodzącego nieszczęścia, wprawdzie po wielotygodniowych atakach depresji i neurastenii podnosiła się do życia, ale z coraz mniejszą wiarą w cokolwiek.

Na miłość boską, czy autorka używała tłumacza Google, by zaserwować czytelnikom taki translatorski kwiatek jak ten fragment, w którym pisze o rzekomej nocie samobójczej: "Straciłam rozum przez czary..." Jakie czary?! Montgomery pisze: "I have lost my mind by spells and I do not dare think what I may do in those spells".

Oczywiście przez spells, L.M.M. rozumie przelotne momenty. Momenty, kiedy w wyniku depresji, bezsenności i potężnych dawek barbituratów traciła zdolność klarownego myślenia.

Ten fragment artykułu i mylnie zinterpretowane fakty należy wyjaśnić dogłębnie. Otóż, w 2008 wnuczka pisarki, Kate Macdonald Butler w jednym z najbardziej szanowanych kanadyjskich dzienników opublikowałrewelację, jakoby uwielbiana w Kanadzie pisarka popełniła samobójstwo. Podobno takie przekonanie panowało w rodzinie, młodszy syn L.M.M. , Stewart był o tym przekonany przez wiele lat, to on znalazł przy jej łóżku kartkę, która mogła wyglądać na pożegnalny list i prośbę o wybaczenie.

"Ta wersja jest nieukończona i nigdy nie będzie. Jest w okropnym stanie, ponieważ pisałam ją, kiedy nadeszło moje okropne załamanie w 1940 roku. Musi zakończyć się na tym. Jeśli któryś z wydawców zechce opublikować wyjątki, musi zakończyć w tym miejscu. Tom dziesiąty nie może być skopiowany ani opublikowany, dopóki żyję. Niektóre jego fragmenty są tak okropne, że zraniłyby wiele osób. Chwilami tracę zmysły i nawet nie śmiem myśleć, co mogę uczynić w takich momentach. Niech Bóg mi wybaczy i mam nadzieję, że wszyscy inni wybaczą mi, jeżeli nie są w stanie zrozumieć. Moja sytuacja jest zbyt straszna, by ją wytrzymać, i nikt nie zdaje sobie z tego sprawy. Co za koniec życia, w którym od zawsze wymagałam od siebie tego, co najlepsze." 

A jednak wywiad z Mary Rubio w nieco późniejszym numerze tego samego dziennika może rozwiać to podejrzenie. Według niej, Lucy Maud Montgomery, która czuła zbliżającą się śmierć, napisała te kilka zdań jako ostrzeżenie, by nie publikować tej części jej pamiętników, którą kończy ten właśnie wpis.

Powtórzę to, co napisałam dla pinezka.pl w 2008, gdy The Globe and Mail opublikował rewelacje Kate Macdonald Butler, jak i szerszy kontekst okoliczności śmierci, podany przez Mary Rubio:  "Nie ma wątpliwości, że Montgomery cierpiała psychologiczny ból nie do zniesienia w okresie przed śmiercią. Miesiąc przed śmiercią oznajmiła: będę doprowadzona do tego, że skończę ze sobą. 

Źródła jej rozpaczy były dwojakie. Jej mąż, z którym przeżyła 31 lat, sam znajdował się w tym czasie w stanie całkowitego psychicznego i fizycznego upadku i był olbrzymim obciążeniem dla pisarki przez prawie cały okres ich żałosnego małżeństwa. Co więcej, jej bezrobotny starszy syn Chester (29 lat) mieszkał wtedy w suterenach ich dużego domu przy 210A Riverside Dr. Określany jako bałaganiarski, agresywny, obraźliwy i leniwy, Chester stanowił źródło bolesnego rozczarowania dla swej matki – nie tylko dlatego, że odszedł od swej żony Luelli (z którą spłodził dziecko, zanim wziął z nią ślub w 1932 r.), lecz też z powodu utraty partnerstwa w spółce prawniczej w Aurorze w prowincji Ontario i moralnego dna jakiego sięgnął". Zdrowie pisarki było drastycznie nadwyrężone przez środki nasenne i uspokajające, które pod koniec życia brała w takich dawkach, że nieświadomie mogła spowodować ich przedawkowanie. 

Od prawie 20 lat zajmuję się amatorsko życiem Lucy Maud Montgomery. Jestem autorką pierwszego w języku polskim rysu biograficznego pisarki, który ukazał się w pinezka.pl w 2004/2005. (Wcześniejszy, autorstwa Barbary Wachowicz był pełen nieścisłości i błędów). Mój cykl opracowany był przed ukazaniem się biografii autorstwa profesor Rubio i pisany był głownie w oparciu o Dzienniki, listy, i studia w zakresie "Canadian Women Writers". Odwiedziłam wszystkie (z wyjątkiem Prince Albert w Saskatchewan) miejsca, w których dorastała, dojrzewała i w końcu umarła autorka Ani. Szukałam jej śladów na Wyspie Księcia Edwarda i w Ontario. Przez długi czas rozważałam napisanie suplementu do mojego cyklu, jako że wydana w 2008 roku biografia Rubio rzuciła nowe światło na fakty przedstawione przez samą L.M.M. Liczyłam jednak na rychłe polskie tłumaczenie "The Gift of Wings", niestety, nie ukazało się do tej pory, dlatego czytelnicy skazani są na mizernej wartości artykuły, takie jak ten Katarzyny Kazimierowskiej.

Myślę, że przy zalewie piśmideł niskich lotów "Zwierciadło" jest jednym z niewielu, które jeszcze trzyma poziom. Jednakże artykuły takie jak pani Kazimierowskiej psują wizerunek magazynu i są symptomatyczne dla upadku dziennikarstwa prasowego. Z przyjemnością nawiążę współpracę z Pani magazynem w tej dziedzinie, bo losy tej niezwykłej Kanadyjki są mi bliskie i niemal osobiście odbieram wykoślawianie jej życiorysu przez niedbałych pseudoznawców tematu. Uważam, że uczciwie wobec czytelników byłoby opublikować mój list wyjaśniający nieścisłości i błędy artykułu.

 

Z poważaniem,

Ewa Henry,
Mississauga, Kanada