O autorze
środa, 08 sierpnia 2012
The Fly

So I'm having a house fly issue. Those who know me know that there are not too many creatures that I have issues with. (I am not talking about people here - people I have some major issues with). Insects I am talking about.

I don't have the slightest problem with insects. When I had ants i didn't allow to spray my apartment - because I don't believe in the "if it moves - spray it!" policy. We worked out a little game of who's gonna outsmart who. Believe it or not I won. I mean they ate all my sugar and cornflakes but in the end it was my ant-whispering that did the trick, with a little help of black pepper and vinegar. So finally they moved out - most likely to the neighbour where they got sprayed but whatever....

One year a bunch of crickets moved in at the end of summer, they happily chirped there skinny asses out. They took positions - one in the shoe closet, two under the rad in the living room, one under the rad in the bathroom and so on. One liked tomatoes, one only ate lettuce, and the others didn't appear to be eating anything but their chirping didn't weaken a bit. As the autumn turned into winter they attracted all the other buggers from the building, until one night I walked into the hallway from the outside and I could hear them from the entrance door. I thought, I better do something or the will bring the exterminators. I had my nephew for the weekend and we had a game of cricket hunt. At the end of Sunday we had an old fish bowl full of crickets (minus water). I provided food, they provided offspring in millions, the chirping was contained to my bedroom far from the entrance door.  In the spring we gave them the greatest gift - the freedom (no more free food and the vision of lawn mowers but - whatever).

 

An then there are spiders. I simply love spiders. They can crawl all over me, they can nest above my computer - I will never harm a spider. There were two living on the wreath attached to the dining room lamp - that is a Chrismas wreath that sort of became all season wreath and has multi-seasonal, multi-denominational holiday ornaments attached to it, so when Joyce and Joan (we always name our pets after family members) moved in it only seemed a perfect place for them to live. I remember one Thanksgiving supper and my bourgeois friend from Boston whose manners didn't allow her to scream "what da fuck are these spiders doing peeking into my pumpkin soup?!"

Should I say that the two girls would never go hungry as after having read that what most spiders die of is hunger, we would provide them with fresh flies three times a day. I have this thing - I can catch a house fly with my left hand without much effort - years of experience. Joyce and Joan departed to a better place after a few happy months in the multi-denominational wreath. But not without providing us with offspring way to plentiful to come up with first names for them.

 

But what was I talking about? Oh, I hate flies. I mean I FUCKING HATE FLIES LIKE I NEVER HATED ANYTHING IN MY LIFE! Have you seen "The Christmas Story" and how Ralphie's father went ballistic on the furnace cursing every curse in the Universe? I am like that with flies. Only worse. I happily catch them and throw them into the spider webs around the house - those bastards of course to fat and lazy now to catch their own flies.

BUT:

for the last two days I really have a big fly problem. NO idea where they are coming from, checked every corner of the house, moved the fridge, the dishwasher (that's where the mouse lives). They keep coming - and I go flying. I spray the with bleach and then I swat them and crash them with my flip flop and I curse the bloody madafakaz, and I curse the spiders for sitting on their fat arses and nod doing their job.

My eyes are burning from all the Javex sprayed in the air, the paint is peeling off the walls, there are fly corpses everywhere and in the middle of it I feel like I am going insane.  

So I got one good, it flew directly into the range of my spray bottle! Got it right between the eyes! Then I watched it fall to the floor helplessly and lay on its back waving its eight (or is it six???) legs in a vain in a desperate pleading for pity. I am sorry - I will not show pity to a house fly: Fly-shit-disease - no compassion here! I just laugh mercilessly (P.E.T.A people need not apply).  And as its poison infused body slowly stiffens i see the two lazy asses approach from two different corners - now that they have the food laid out on the kitchen floor. One is faster than the other - I watch with utter satisfaction as it grabs the still warm fly in its pedipalps and sinks its killer fangs into it, and then it proceeds to suck it out like there is no tomorrow....

And then I realize... OH NO!!! Mr. spider, Mr. Spider! Don't eat that fly!!!

But of course it's too late. In a matter of seconds my spider's lifeless body lies right next to its  meal. Preserved forever with Javex...

Tomorrow we will bury it in a match box with all due honours.



środa, 01 sierpnia 2012
Niech sobie pani wsadzi w dupę te historyjki, pani Malinowska

Dziś po raz setny wróciłam do historii z historyjkami - znaczy - albo trza na kozetkę albo na bloga. A skoro juz rozliczam te dwie połówki, ktore mi wypadły na przełomie lipca i sierpnia to rozlicze i to. I niech mnie ręka  boska broni do tego wracac.

Wielki Mistrz Coelho mówi, że każdy ma swoją legendę. Ja mowię, że historyjkę. Ja miałam historyjek sto. Na spółkę z bratem. No to ja pięćdziesiąt i on pięćdziesiąt. Ja bylam w pierwszej a on w trzeciej klasie. Każdy zbierał wtedy takie historyjki z gum Donaldówek. Ale nasze były nasze.

Nasza kolekcja przechowywana była w drewnianej kasetce z bacą na wieczku. Jak każdy podblokowiec wymienialismy te historyjki z innymi zbieraczami. Oczywiście czarny rynek kwitł w szkole. A historyjek do szkoły przynosić wolno nie było, ale i tak wszyscy nosili. Nie pomagaly konfiskaty, uwagi w dzienniczku, i zostawanie po lekcjach. My mielismy do tego pecha w postaci pani Malinowskiej, która miała wychowawstwo i w pierwszej, i w trzeciej. Musiała przeto znosić nasze historyjki podwójnie bo nosiliśmy je do szkoły na zmianę.

Jednego nie pamiętam, kto te nieszczęsne historyjki miał tamtego feralnego dnia w klasie, ja czy Darek bo wtedy jeszcze byliśmy jak jedno. Zapamiętam natomiast do końca życia kupke zmietych, podartych, czerwono-niebiesko-żółtych skrawków. I to palące uczucie nienawiści. I dławiące w gardle łzy bo sklejone taśmą klejącą historyjki wcale nie wyglądały jak żywe.

Na drugi dzień afera! Pani Malinowska zatrzymała mnie na przerwie i spytała mnie czy to prawda, że powiedziałam na nią świnia. Nie będę udawać, ze bohatersko odpowiedziałam "tak, świnio, powiedziałam, ze jesteś świnia bo podarłaś ze zjadliwą satysfakcją owoc kilkuletniego zbierania, wymieniania, podkradania, przekupywania. Na oczach całej klasy, która też miała zjadliwą satysfakcję i może jednemu Grześkowi było żal". Połykałam pewnie łzy i smarki - ale wiem, ze ani na sekunde nie spuściłam wzroku już wtedy, w wieku sześciu lat zadziwiona bezczelnością pytania, "Ewa, jak mogłaś powiedzieć na mnie świnia?!"

Później okazało się, że był to tylko wstęp do długiej plejaady pań Malinowskich w moim zyciu. I panów. Żeby nie było. A ja każdej/mu kolejnej/mu mówiłam w mniej lub bardziej zawoalowany sposób, że jest świnia z mniej lub bardziej zawoalowanymi konsekwencjami - obie strony przekonane co do słuszności swojego punktu widzenia.

Dlatego nic mnie tak nie wkurwia jak te ucukrzone, powielane w internecie uniesienia nad naszym dzieciństwem, w którym to nikt się z nami nie patyczkował, walił po łbie, po dupie, po czym wlazło i czym wlazło a dzięki temu jakoby wyrośliśmy na zdrowe duchowo, rosłe dąbczaki z własciwym stosunkiem do życia co przeciez bardziej daje po dupie.

A ja myślę, że dzięki pani Malinowskiej mamy naród frustratow, którzy najpierw udupieni przez panią M. w domu dostali jeszcze zjeb bo przecież, kurwa wiedziałeś, ze historyjek nie wolno nosić do szkoły i dobrze ci tak, i nie krzyw pyska bo jak dostaniesz wpierdol to dopiero bdziesz miał/a o co płakać. No więc człowiekowi pozostało iść pod blok, wpierdolić Szymkowi co seplenił albo Andrzejkowi z kurzą klatką. Bo po co przylazł pod nasz blok? Później sprawa była uproszczona bo już się miało własne dzieci.

 No więc mam do wyboru - zostać seryjnym mordercą albo poskladac jakoś te skrawki nieszczęść, wrzucić je do wirtualnej drewnianej kasetki z bacą na wieczku i w końcu,  z czystym sumieniem, jak człowiek dojrzały i rozliczony z przeszłością powiedzieć: Niech sobie pani wsadzi w dupę te historyjki, pani Malinowska.