O autorze
piątek, 16 sierpnia 2013
My Perfect Blonde Moment

Wróciłam właśnie z Bostonu, mój wjazd nazad do Kanady równie dramatyczny jak z niej wyjazd. Obydwa miały na stanie soidną dawkę rzucanych półgłosem bluzgów (dzieci na tylnym siedzeniu) i strugi potu spływające po plecach do wiadomego przedziałka. 

Wszystko pomiędzy wyjazdem a wjazdem - jak z obrazka! Wprawdzie udało mi się zablokować skutecznie tak moją kartę debetową jak i kartę kredytową - ale to nic szczególnego w moim wykonaniu. Podobnie jak fakt, że zapomniałam, że mam z tyłu patologicznego prawdomówcę, który na przejsciu, gdy celnik zapytał czy przewozimy coś co powinnismy zadeklarować a ja odpowiedziałam, że oczywiście, że nie otworzył złote usta: "Mamo, a te pudła w bagażniku?!" Rozkaszlałam się okropnie. Ale to też wszystko nic, w końcu raz już pytał na kontroli celnej w Londynie czy szukają gdzie schowalismy tę bombę. To wszystko pryszcz. 
To co warte odnotowania to nasz wyjazd z Kanady:
Po tym jak po czekaniu w dwugodzinnej kolejce na granicy, w upale, z ledwie zipiącym klimakterium w samochodzie w końcu przedarliśmy się przez jankieskie zasieki, nasze auto już całowało amerykański asfalt, kiedy już wyjechałam na hajłej, kiedy oznajmiłam triumfalnie, ze nawet się nie obejrzą jak będziemy w Bostonie, kiedy skręciłam w o jeden skręt za daleko i nagle znalazłam się w kolejce do... kanadyjskiej odprawy granicznej! 
Gdy jeszcze usiłowałam obudzić się ze złego snu, wmawiając sobie, że te setki samochodów przede mną to kolejka po bilety na autostradę do Bostonu za mną ustawiło się drugie tyle skutecznie uniemożliwiając odwrót dupą. 
No więc ten event mogę zdefiniować jednynie jako skrzyżowanie czegoś co mozna określic jako perfekt blond moment z kwintesencją kawału o Polakach. 
Z rozpaczą pomyslałam: 2 godziny w kolejce do Kanady, potem trzeba objechać potężną pętlę by znów dostać się w dwugodzinną kolejkę do USA. Zjechałam na bok spojrzałam w głąb samochodu, cisnęłam pioruny wzrokiem i wysyczałam: ANI SŁÓWECZKA! Po czym pobieżyłyśmy z Beatą w kierunku uzbrojonego po zęby amerykańskiego żołnierza, z którymi jak wiadomo nie ma ostatnio żartów. Tłumacząc nasz predykament z potarganym włosem, twarzą czerwoną z emocji nei wzbudziłysmy chyba zaufania. Uzbrojony powiedział, "Obawiam się, że jesteście punkcie z którego nie ma odwrotu". Nie docenił nas jednak. Dla zdesperowanej blondynki (chocby i fałszowanej) nie ma czegoś takiego jak punkt z którego nie ma odwrotu, kiedy w rozpalonym do czerwoności samochodzie ma dziecko, ktore nigdy nie milknie. 
Po kilkunastominutowej pertraktacji z budynku wyszedł drugi pan, jeszcze bardziej uzbrojony - na pewno co najmniej generał - i zapytał: gdzie samochód?!
- no tam....
- zaraz ściągniemy...
- wstrzymał ruchem dłoni kolejkę, kazał iść do samochodu i podjechać w jego kierunku.... byłam pewna, że teraz nas aresztuje i wyśle do Guantamo, zrobiłam jednak jak kazał.
Podjechałam. Generał kazał kolejce samochodów zjechać na bok i mówi do mnie: jedź!
ja przerażona: Dokąd?!
- No jak to - dokąd? Do Bostonu!
Pojechałam.