O autorze
wtorek, 24 marca 2015
Co rano...

Co rano budzimy się z dorosłością w brzuchu
jak z kamieniem.

Mowimy sobie, nie jest źle
w końcu na Bliskim Wschodzie...
Tymczasem bomba rozrywa nas od środka
czasem trzy razy w tygodniu.
Wszędzie gruz, że nie wiadomo w co ręce wsadzić.

Ocieramy twarz z pyłu
bo gdzies tam, na innej półkuli... 

Ja was bardzo przepraszam
ale każde z nas
jest na innej półkuli.

Trzeba wstawać 
choć juz wiemy, 
że wiersze Zagajewskiego nie są odpowiedzią na naszą pustkę
a pytaniem o jego własną.

Czasem jedyne co trzyma nas w pionie to 
wspomnienie sztucznego miódu i zbożowej kawy
na koloniach w Turawie
40 lat temu.

bo nawet poezja (jak się okazuje)
jest ograniczana przez zakaz stadionowy.

środa, 04 marca 2015
Nieskończoność

ilustracja: Ewa HenryPoszłam zapalić świeczkę ojcu. Miał 67 lat kiedy umarł 10 lat temu. Tyle samo co niedawno zmarła Małgorzata Braunek.  Przeczytałam wiele wywiadów z nią, pięknie mówiła o życiu, przemijaniu i odchodzeniu.  

Jako dziecko ciągle myślałam o śmierci, nie mogłam spać w nocy, rozmyślałam o jej nieskończoności. 

 

Pamiętam kiedy odkryłam koniec świata. Taki fizyczny, wiedziałam, że tam się kończy świat bo ziemia tam właśnie zakręca. Gdyby ktoś  jeszcze tego nie wiedział to koniec świata jest za ogródkami działkowymi w Łańcucie. Dla bezpieczeństwa jednak odgrodzono go drucianą siatką. Sprawdziłam niedawno w Google maps, nadal tam jest. Z góry wygląda trochę inaczej, nie tak beznadziejnie. W dzieciństwie  jednak wpatrywałam się weń, czując jak poczucie jako-takiej stabilizacji wycieka pomiędzy okami drucianego ogrodzenia. Chodzilismy tam na wakacjach,  ja i brat, z dziadkami. Nienawidziłam tego szczerze; Najpierw trzeba było iść w upale jakieś 20 km (kilometrów może było ze dwa, a moze jeden) a potem utknąć między odgrodzonym drutem końcem świata a nieskończonością cynkowanego wiaderka, do którego zbierało się porzeczki. 

 

Z tyłu otchłań i z przodu otchłań. A między tym gderliwi dziadkowie balansujący na krawędzi katastrofy jakby zupełnie tego nieświadomi. 

 

Zaś w ich mieszkaniu na Lumumby (było jakieś pocieszenie w egzotyce tego faktu - nikt inny, znany mi nie mieszkał na ulicy Lumumby) leżałam w środku nocy wsłuchując się w nieskończoność tykającego zegara. 

 

Ja, dziecko zakładowego osiedla, którego rzeczywistość definiowała cała symfonia codziennych i conocnych dźwięków - syrena hutnicza, przetaczane wagony z surowcami do produkcji szkła, zrzucana stłuczka szklana gubiłam się w nieznanej mi ciszy.

W nowym miejscu, w ciemności trzeba było na nowo nawigować przestrzeń szczelnie wypełnioną czernią bez pomocy znanych dzwięków.

 

Oczywiście zegara też nienawidziłam - takie bydlę złodziejskie - jemu przybywało tyknięć moim kosztem - czułam to wyraźnie. Mojej rozpaczy dopełniały dziadkowe łapki na myszy rozstawione w kuchni (mieszkanie było w na parterze, w starym bloku z kaflowymi piecami), czekałam z szeroko otwartymi oczami na charakterystyczny trzask i pisk nieszczęsnej ofiary.

 

W ciemności wizualizowałam jej męczarnie w mojej pięcioletniej głowie aż nie nadszedł sen. Raz próbowałam dziadkowi rozbroic łapki;  Przyciełam sobie palec, dostałam w dupę od dziadka a na koniec jeszcze wysłuchałam babcinego dramatycznego post-lwowskiego "ta, ty szalona, ta ja wam jeść muszę dać! Ta, ty by myszom wszystko dała! Szczerze mówiąc babcinego nawet myszy by nie zjadły – to był kolejny kalkulator nieskończoności – bezdenna głębia talerza z babciną zupą, która niezależnie od zawartości smakowała zawsze tak samo słodkawo i różniła się od reszty babcinych zup tylko kolorem. 

 

Nie wiem jakim cudem w ogóle przespałam kawałek nocy na tych wakacjach u dziadków. Gdy tylko zaczynało rozmywać się w półśnie tykanie i myszy uratowane odpływały cynkowym wiaderkiem za zakręt na końcu świata... zaczynał chrapać dziadek jak skrzyżowanie radzieckiego lodołamacza z młotem pneumatycznym.



No więc co to ja chciałam powiedzieć - przeżyłam własne dzieciństwo. Przemijanie mi już niestraszne. 

Felieton opublikowany w http://www.businessandbeauty.pl/nieskonczonosc-tykajacego-zegara/ 

sobota, 28 lutego 2015
Testament

Kiedy rdza mi się wetnie w cyferblat,
kiedy włosy przyprószy mi talkiem,
 
zapakuję czerwony walizek
i powiozę się katafalkiem

A katafalk swój widzę ogromny
z potencjałem i półkotapczanem
zeby zmiescil się kot, pies, pólmisek,
rząd słoików, pieprz, sól, pani z panem.

Won mi z księdzem, precz z ostatnią omastą,
won gromnice, żadne mi tam spowiedzie!
Na me zejście, mój end, me finito
ja chcę śledzi! Przynieście mi śledzie.

I ubierzcie mnie do nich w pończochy,
strojne majtki jak przy niedzieli
i na tacy podajcie, bo owe
życzę sobie spożywać w pościeli!

i żeby mi było bez płaczów! 
Niechaj nikt o rozpaczy nie bredzi
prosze siadać, się kłaść, czy łotewer,
raz ostatni nażryjmy się śledzi.

A gdy surmy zagrają mi zbrojne
w mgłę katafalk z gwizdem odjedzie.
Pusty słoik zostanie mi po Was
Wam musztarda zaś, po obiedzie.

środa, 18 lutego 2015
Na Płockiej. Pokój 160

Na sali cudów
sny pomieszane z wczorajszymi niusami
przejeżdzaja tramwajem 
na złość gderliwej salowej,
prostej kobiecie z ludu.
Na sali cudów nocami
tańczy staruszka w satynie.
Zaklinam rzeczywistość 
zagryzając ją imbirem 
i suszonymi wiśniami
utopionymi w morfinie. 

..................................

Nocami włoczę się po fejsie i wykradam ludziom kawałki postów. 
I wklejam je w wiersze.

Tym razem ukradłam Magdzie Zymon.
Wracaj do zdrowia, Madzia! 

środa, 11 lutego 2015
Tak zwana codzienność

Jeszcze wstąpić na pocztę,
i po warzywa do zupy,
wrzucic w gar spóźnione opłaty,
zebrać i rozdać baty,
podpisać uwagę w zeszycie,
poskładać ten dzień do kupy,
bo wiesz pan...takie życie .

poniedziałek, 02 lutego 2015
Koniec grudnia

Dojadam prowerbialne flaki ze Szczepana 
a siny ołów nieba
zgrzyta mi w zębach

krótka refleksja

Nie orzo, nie siejo
a chodzo i piejo
i ryjo i dłubio
i drążo i skubio
a potem se znajdo
to co nie zgubio
a jak se nie znajdo
to se dopowiedzo
i siedzo i myślo
że wszystko już wiedzo
i liżo se skrycie
swój palec w zachwycie
bo bardzo to lubio
co sobie wydłubio 

niedziela, 14 grudnia 2014

Wiersze Mirki Szychowiak
pokryły się śliskim nalotem
i rozciapał się sens w wilgoci
kartka zlepia się z kartką 
i wycieka rozmokłym tuszem 
tzw prostota spostrzeżen.

Spomiędzy zatęchłych kartek
uciekła chyłkiem
martwa szamanka,
koty,
i psy.

Jeden wiersz przemaka 
w drugi
i juz nikt nie będzie wiedział
co poetka miała na myśli
(oczywiście jeśli miała cokolwiek)
proste prawdy zlały się
w rozmazane niewiadome,
radość życia przesiąkła
bólem przemijania.
Trzymam w dłoni 
skręcony reumatyzmem papier
i pytam czemu

...kurwa, znów zostawiłam
tomik na wannie?! 



sobota, 06 grudnia 2014
"Koniec sezonu"

Jeszcze  siedli oparci o bramę 

zanosząc się śmiechem,

 

Ona zlizała mu z szyi jabłkowy sok,

On zebrał pestki z jej piersi.

 

Jeszcze rzucili okiem

za siebie.

i poszli

 

Zabrali kilka niedzwiedzich skór,

reprodukcję Masaccia do straszenia dzieci

i węża.

 

zostawili Bogu na gałęzi jedno czerwone jabłko,

błyszczące jak sam grzech,

 

żeby się wypchał.

 

 

Photo: Zbyszko Cegła

 

Photo: Zbyszko Cegła



piątek, 31 października 2014
Skoro wszyscy o mgle....

wymknęli się z mgły, 
ona smutna
on zły
ona jeszcze tłumaczy
on już na nią nie patrzy
wsiąkły w mgłę
jego łzy
i jej łzy 

.....................

I dopisał Zbyszek:

zniknęli za mgłą, 
ona z nim
a on z nią
ona już nie tłumaczy
on już na nią nie patrzy
kapią z mgły
jego łzy
i jej łzy

Zbyszko Cegła, Miasto w sepii

Fotografia: Zbyszko Cegła, "Miasto w sepii"


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12