O autorze
środa, 25 czerwca 2014
poniedziałek, 26 maja 2014
recenzja powieści "Kuzyneczki" Teresy Moniki Rudzkiej

 Po przeczytaniu "Kuzyneczek" odczuwam zdecydowany brak. Brak kuzyneczek! Miałam całą  watahę kuzynów, Wojtka, Zbyszka, Pawła. Miałam starszego brata i jego kumpli, i ich kumpli.  Pamiętam takie opowiadanie o kocie, który dorastał wśród psów aż zaczął myśleć, że jest psem. Kuzynki urodziły mi się kiedy juz całkiem nieźle umiałam szczekać. Kolejne 40 lat zajęła mi dekonstrukcja nabytej tożsamości. Z kuzynką Anką przegadałyśmy całą noc dopiero po dzieciach i po przejsciach.

 Tak więc, w mojej życiowej książce skarg i zażaleń jednen z punktów to: Zdecydowanie każda kobieta powinna mieć kuzyneczkę, a najlepiej kilka. Dla konfrontacji na kuchennych taboretach, przy kawie lub herbacie, w duralexie lub czymś bardziej szlachetnym w systemie wartości Reni Radzkiej.

 Opowieści taboretowe włożone w powieść przez Monikę Teresę Rudzką stają się świetnym portretem psychologicznym całych pokoleń kobiet. Pierwsze poznajemy za Niemca, kolejne “za komuny” aż po te wyrosłe po Okrągłym Stole.

 W powieści Moniki Rudzkiej dobro nie zostaje wynagrodzone zło nie zostaje ukarane. Jedno jest pewne - i mamy to na piśmie - poczucie winy jest najsilniejszą siłą napędową w życiu kobiety. Do końca nie wiadomo czy ciężkie życie wielu rozgałęzień i doklejeń żeńskiej linii rodziny Radzkich jest winą ich mężczyzn czy raczej są one ofiarami ról narzuconych przez własne matki sprytnie manipulujące córkami, już to szantażem emocjonalnym, a już to okrutnym rozdzielnikiem matczynych uczuć. Aśka, samotna jedynaczka nie ma wsparcia w coraz to boleśniej przegranej w grę zwaną codzienność z Żenią. Renata, przegrywa w walce o uczucia z młodszą siostrą Marcelą. Oznaki buntu są tłumione, czasem wrzaskiem i  rzucanymi talerzami a czasem jękliwym, “to ja dla was flaki sobie wypruwam….”. Nie ma jak wygrać z flakami własnej matki nawiniętymi na patyk i powiewającymi jak sztandar.

 Moją pasją jest wyłuskiwanie spomiędzy wersów, czytanie brakującego.

Czego brakuje w Kuzyneczkach? Brakuje mężczyzn. Takich, jakimi powinni być. Mężczyżni u Rudzkiej są jacyś nie tego, albo poszli na wódkę, albo do tej drugiej, albo ich zwyczajnie nie ma. Kobiety żyją w swoim hermetycznym świecie oddzielone od świata męskiego czymś tak niepenetrowalnym jak gazeta przykrywająca drzemiącego na kanapie męża.

 Widać jakąś nieprzenikalność tych światów, niby związane z tymi facetami na życie i śmierć i kredyty mieszkaniowe (co na jedno wychodzi), a jednak w “Kuzyneczkach” światy kobiet funkcjonują niezależnie od "półświatków" mężczyzn.

Mężczyżni, według pokolenia Żeni, Rysi, ale też Aśki, Marceli i Renaty są ważni mają dać kobiecie status. Ale to one utrzymują dom, dobre samopoczucie i często brzydkie nawyki mężów. One załatwiają pracę, połówkę świniaka, wyjazd za granicę.

 Jeden Tymek, mąż Asi ratuje odrobinę gatunek ale też, zamiast huknąć na despotyczną teściową to mruczy pod nosem, szasta nóżką, przynosi kwiaty, sam trochę jak przerośnięte dziecko, wraz z Aśką chowa się przed humorami rzucającej talerzami Pani na Trzech Pokojach z Kuchnią. A do tego na koniec umiera sobie i zostawia Aśkę na pastwę Żeni., Julek to pijak ograbiający rodzinę i Toluś na dzisiejsze standardy to pedofil. Antek Szczerbak to… Antek Szczerbak.

 Czy te kobiety są ofiarami, czy sprawnymi instrumentariuszkami w sali operacyjnej zwanej życiem?

 Mój feministyczny scyzoryk otwiera się do walki na noże z Antkiem Szczerbakiem, rozcinającym majtki świeżo poślubionej panny młodej by złożyć się pokornie przy scenie miłosnej na fortepianowym stołku. Najwyraźniej Żenia nie została tak straumatyzowana przez ponad dwukrotnie starszego męża by zatracić ochotę na radosne piano forte z kochankiem kilka lat później.

 Córki Asi i Renaty, Gizela i Nastia to chyba pierwsze pokolenie wolne od poczucia winy. Czyżby ten szalony kołowrotek oskarżeń, zarzutów, wypruwanych żył i flaków i rąk urabianych do łokci skończył przemielać ofiary na tym pokoleniu? Giza i Anastazja dorastają otoczone miłością, dopieszczane przez babki. Nie podcina im się skrzydeł, dorastają silne, piękne z wiarą w swoje talenty. Odporne na straszne staruszki,  pojękujące skatowanym głosem: zabijacie mnie i chwytające się ostatnim wysiłkiem za serce, po czym walące talerzami w ścianę.

 Czytałam wczesniej krytyczne głosy wobec mnogości postaci i wydarzeń w “Kuzyneczkach”. Czy też narracji przechodzącej w dialogi, przeskoki czasowe. A mnie się to własnie podoba. Nie ma konkluzji, jak to w życiu. Jedyni, u których można liczyć na jakąś konsekwencję to umarli. Gajcowa przychodzi do swoich kotów z konsekwencją nieboszczyka.

 Bohaterowie wpadają sobie w słowo, w życie, wyskakują ze śmietników i z zaświatów by przejść kilka chwil spokojnie i znów przeskoczyc dekadę lub dwie. Aśka i Renia nawigują w tej czasoprzestrzeni nieświadome, że już dawno zgubiły czytelniczkę głowiącą się po raz szósty, czy Rysia to siostra czy córka Danki. Jak w tych rozmowach przy kuchennym stole. I nie, żebym gloryfikowała miejsce kobiet w kuchni, ale w czasach przeludnionych M4,  w czasach tzw “komuny” jedynie w kuchni był jeszcze jako-taki stół, przy którym można było pogadać. Obiady w dużym pokoju jadło się na ławie przy wersalce, na której wieczorem spał już na niej, przykryty wspomnianą wcześniej gazetą jakiś Julek, czy Toluś, czy Hieronim.

 Tak więc kuchnia - to tam właśnie przyciszonymi głosami omawiało się tzw babskie sprawy, kto ma kochankę, a kto miał skrobankę (zadziwiające, że nie było w tamych czasach pojęcia życia poczętego) .

 Z tych rozmów wyłuskuje się potem to co nadaje “Kuzyneczkom”  charakter kroniki czasów. Ten duralex, tureckie ciuchy, tandetne meblościanki, kartki na mięso i buty, wieloosobowe rodziny wcisnięte w mieszkania z wielkiej płyty. I zamknięty w tych mieszkaniach-klatkach ból.

 W każdej rodzinie jest takie zdjęcie, wszyscy wpatrzeni z okolicznosciowym uśmiechem w obiektyw aparatu, a gdzieś czyjaś zacisnięta dłoń na czyimś ramieniu, jakieś oczy uciekające w bok od uroczystego landszafciku.

 Jakieś dziecko, które przez ściśnięte gardło przełyka łzy i smarki i myśli jak strasznie nienawidzi mamusi i tatusia.
.............................................................................
http://ksiegarnia.pwn.pl/produkt/209639/kuzyneczki.html 

czwartek, 22 maja 2014
Kiedy będe starą kobietą

Kiedy będe starą kobietą 
zapuszczę brodę po pas.
(Niech się pieprzy liliowy kapelusz). 

Z moją brodą rozwianą
pójdę parkową aleją
strasząc wiewiórki.

Z brody wytrzepię jak okruchy
strzępy listów od chłoptasiów z kolonii,
i chichocząc złośliwie
będę wtykać laskę
w szprychy trójkołowych rowerków.

Żadnych tam jabłuszek w kieszonce fartucha,
dla rumianych wnuczków,
ani opowieści o narzeczonym ułanie.
Powiem wszystko,
jak było!
Ciężkie porody
żylaki i łzy.

W rozwalonej torebce będę nosić
książeczkę do nabożeństwa
dla jaj.

(Nikt nie podskoczy rozmodlonej babuni
z brodą).

Będę drażnić pekińczyki i jorki
a mewy nakarmię chlebkiem
nadzianym laxigenem.

Na koniec zaś, jedynym zębem,
(jak na złośliwą staruchę przystało)
ugryzę w dupę
czas. 

poniedziałek, 31 marca 2014
Ikona

Na ikonie u Rublowa trzy anioły
 
dyskutuja o przyszłosci świata
a może o kursie dolara,
co sprowadza się do tego samego.

a może po prostu losuja,

który pojdzie po piwo

bo i tak kazdy włos jest policzony

a przyszlość świata maja w dupie.

 

Na ikonie na desktopie

Każdy guzik jest rozpięty 

wielokrotnie

 

bo może nie dosyć

został rozpięty

pierwsze

czterdzieści trzy razy

 

rozpięte zostaje tylko to co widzialne

niewidzialne pozostaje

do dalszej dyskusji.

 

Ten guzik

wymacuję jak ślepy 

Braille'a

w bezpowrotności

Twojej koszuli.

 

Ty stoisz w tym samym miejscu

gdzie stałeś wczoraj

i patrzysz dokładnie

nie wiadomo gdzie.

 

Gdy nikt nie patrzy

zlizuję

z zimnej szyby

pot.

niedziela, 16 marca 2014
Our Inner Children - for Marta

In the old photographs
our inner children
in silly daycare smocks
and worn out felt slippers - with a hole on the big toe
and knotted laces

Impossible to untangle 
no matter what.

One understands the other
with a quick look
at the pig tails pulled with a rubber band
so tight it hurts

Our inner children
talk without words,
genetic memories ingrained 
like the musty smell 
of the old staircase full of shadows,
mopped weekly with a rag
wrapped around the broom
and dipped
in the muddy depth 
of a zink bucket.

Our inner children 
sometimes conspire
that one day
they will switch places. 
Just to get a sleepover 
in someone else's photograph.

Our inner children
share the pain
of the the scratchy ribbed stockings 
- the Polish type - 
stretched to the limits 
Almost transparent on the knees, 
and mended with a different color yarn 
to utter mortification
of their unhappy wearer. 

Our inner dogs chase our inner cats
over the inner world
of our tenement house yard. 

One day, our inner children,
- the weary travelers 
of several generations
worth of guilt trips -
reach over the serrated edges
of the old photographs
asking:
can you come out and play?

czwartek, 27 lutego 2014
Lascaux

Wygłupiliśmy się trochę z tym życiem, 

choć w sumie, jak na te wymiary
to moglismy się rozstrzelić o tysiące lat
i ze trzy kontynenty

Pędziłbyś z hordą po stepie

a ja w skórze muflona
tłukłabym uwieszonym u kołtunów futra dzieciom
kości bawołu na obiad
wydarłszy je najpierw z pyska
ledwie udomowionym psom.

Ty z rozpaczy usiekłbyś
cztery wioski Lachów
i zhańbił sześć tuzinów Laszek
aż by Cię w końcu litościwie
nawlekł poczciwy Soroka
na pal

Twój krzyk rozniosłyby po świecie gawrony 
przez pokolenia.

Ja w bezsenne epoki kroiłabym krzemieniem
serca
wydarte antylopom.
Odbijałabym na ścianie jaskini
dłonie umzane w krwi
po jednej za każde stulecie.

Aż w koncu skamieniałabym 
w błotnej powodzi
miotając się w popłochu
czy ratować dzieci czy swiezo upolowaną
kapibarę.
....................................
Na drzewie przed Muzeum Historii Naturalnej
na przełomie Europy i trzeciego tysiąclecia
gawron gawronowej
kra kraaaa
zaśpiewa najpiękniejszą
miłosną piosenkę 

poniedziałek, 24 lutego 2014
Ostatni nosorożec

 

W bezkresie bezsennej nocy
odkurzam dowcip na schodach,
pyskuję płynnie w każdym z moich trzech oficjalnych języków
tym, którym nie zdążyłam za dnia.
Pochlebiam sobie oraz sobie wyrzucam
Mam wyrzuty sumienia 
wobec bohaterów 
nieprzeczytanych książek
na stosie obok łóżka.

Przewracając się z boku na bok
nurzam się lubieżnie
i poczuciu winy wobec czynionych własnie
obietnic, które nigdy nie będą spełnione.

W bezsenne noce
czekając na kota w otwartych drzwiach
trzymam się mocno klamki.
Bo jak rzadko kiedy 
mam świadomość, że cienki dach werandy
nie chroni mnie 
przed bezkresem wszechświata.

W bezsenne noce 
karmię swoje ego
rozwielitkami
wykradanymi rybkom.

I lajkami z fejsbuka.

W bezsenne noce, 
zupełnie poważnie
opłakuję
ostatniego czarnego nosorożca 


niedziela, 09 lutego 2014
Dźwig

(stary wiersz inspirowany wpisami na forum, tyczącymi aktualnego widoku za oknem)

 

A za moim oknem
dźwig sie dźwiga znikąd
i pnie się do góry
dwóch gości 

 

A za moim oknem

slonce rozpalone 

nurza sie w asfalcie

jak mucha w rosole

 

A za oknem dźwig

 

Dom za oknem sie buduje 

i fizyczni poborowi

bez koszulek

zbudowani

 

a za moim oknem

łąki, pola, dzikie gaje

a po łące łazi bociek i piździ jak z cebra

 

a za moim dźwig

 

A za moim nasza szkapa

opadaja stare tynki, gołębie i deszcz

Kiedyś były tu miastowe

Dziś (jak dotąd) cisza

 

a za oknem dźwig

 

okno? okno?

co to okno?  Is it plane, or is it

bird?

 

ach, wyfrunąć, 

ach, się unieść

ach, udźwignąć

 

dźwig.

środa, 05 lutego 2014
Suita sandomierska

Lotnisko w Katowicach
zadarta spodnica
do góry, ja z góry
Ty
Ja
rozerwana ulica
potargane chmury  

Twój pasek 

moje rodrapane dłonie 

moje haftki

Twoje wyczekane ręce

prędzej, Mily

prędzej!

 

wypchany cietrzew

dorsz suszony z więcierza 

Jedźmy Miły, 

już jedźmy 

do Sandomierza!

 

Chodnik,

bruk,

cukrowa wata,

wpisani w  czworokat

pijak

dziwka

brat łata.

Tadek sie postarzał

Goska sie roztyła

 

Twoje prędkie usta

- moj Miły!

- moja Miła!

 

W bramie rozgrzyzione wargi

i szorstki jezyk głęboko

nagły lęk!

bo w katedrze za rogiem

wytryska krew

z urżniętych niewiniętych

łbó

moj jęk

i lament męczenników

i znów

i znó

i znów.

 

Pocztówka 

ze skarpą,

obwawrzanki,

piszczałki z kondomow

uciekajmy stąd, Miły!

jedźmy juz

do domu!

 

Bo nic na swiecie nie zapachnie 

jak skład apteczny

hrabiego Targowskiego

co w szufladkach z mahoniu

trzymał ziarno rozpusty 

na spoczynek wieczny

 

uciekajmy, Miły

do Królowej Jadwigi

do jej ścian

ciemnych jak sam grzech.

Wilgoć będzie ściekała

z wybrzuszalych bezwstydnie 

korzeni

i z nas, Miły.

Cali bedziemy wilgocią

zlepieni

 

a potem jedźmy już stąd!

Nie łudź sie, Miły

tu tylko Ojciec Mateusz

ukradkiem, 

nocami

w bezecnych orgiach

wyżera z pudełka

krówki

z dziwkami.

 

Wasyl Fiodorowicz

pomacha nam z pustego cokołu,

garśc rosołu,

jakieś pastylki w plastykowej 

torbie z Biedronki

na grzechy mlodości

 

i job twaju mać

znikniemy
w ciemności.

czwartek, 23 stycznia 2014
Syndrom Dziewczynki z Kwiatkami

Mój najnowszy felieton opublikowany w styczniowym
http://www.businessandbeauty.pl/category/felietony/jagged-edge-felietony/ 

Za kurtyną śmierdziało kurzem i kalafonią, stały sterty „zrośniętych“ bokami, zdezelowanych krzeseł z widowni i połamanych dekoracji. Zanurzona w fałdach ciężkiego aksamitu, odcięta od zwykłych śmiertelników urwiskiem sceny, przeżywałam samotne misterium transfiguracji zwykłej Ewki spod bloku w Dziewczynkę z Kwiatkami. Transfigurację znaną dzieciom pracowników placówek kulturalnych. Taki trochę ministrant po cywilu na ołtarzu kultury (że się wyrażę, jak na dziecko kierownika przystało).

 

Mało co pamiętałam ze spotkań z ciekawym człowiekiem, bo mniej więcej od połowy imprezy stałam za tą zakurzoną kurtyną ściskając w ręku bukiet dziękczynny. I kolana, bo oczywiście natychmiast zachciewało mi się siku, a ruszyć się już nie mogłam, bo przecież a nuż się ciekawy człowiek skończy.

Stałam więc zanurzona w fałdach ciężkiego aksamitu i wymyślałam mowę, która ciekawego człowieka miała wbić w deski.

 

 

W zeszłym tygodniu, już całkiem dorosła i na innym kontynencie, byłam na weselu. Zwyczajne tam takie kanadyjskie wesele, z druhnami w podszewkach i tortem z plastykowymi figurkami na dachu. 

Pierwszy taniec państwa młodych. Przygasły światła, z głośników rozbrzmiała okolicznościowa Celine Dion, a od stołów rozległo się pełne zachwytu „oooł!“.

Oczywiście, ja siedziałam w takim miejscu, że widać było z niego tylko... chłopa z maszyną do sztucznej mgły (nie, to nie o tej mgle). Bo para młoda wiruje we mgle, i to potem pięknie wygląda na okolicznościowym wideo. Ale w życiu niezazbytnio, bo ten dym, czy też sztuczna mgła, produkowana jest przez chłopa z maszyną. Każdy więc patrzył na tańczących młodych, a ja patrzyłam na produkcję sztucznej mgły, która gdy opadała, to chłop energicznie dosypywał lodu z plastikowego dzbanka.

 

***

 

Nie było, że się nie szło na spotkanie z ciekawym człowiekiem, szczególnie gdy się było dzieckiem placówki. O 18 miało być spotkanie z Boguszem Bilewskim czy Bernardem Ładyszem, a o 17.45 dzwonił z roboty ojciec i nakazywał być i ściągać po drodze wszystkich sąsiadów, bo okazało się, że jest tylko portier, sprzątaczka i osiedlowy ormowiec, i będzie obciach i wiocha przed ciekawym człowiekiem.

Często wtedy, zamiast przygotowanej sali widowiskowej, ustawiano na gwałt w półkole kawiarniane fotele, co było o tyle nieprzyjemne, że dziewczynka musiała wyskakiwać zza bufetu, bo w kawiarni kurtyny nie było. 

 

Ale nie w tym problem.

 

Syndrom Dziewczynki z Kwiatkami polega na tym, że z jednej strony czuje się przytłoczona poczuciem obowiązku, z drugiej zaś, z racji pozycji z dala od zrośniętych bokami krzeseł widowni, ma możliwość spojrzenia na ciekawego człowieka od tyłu, i to z ukosa. A że ma przy tym ręce zajęte kwiatkami, to nie musi klaskać, a że nie klaszcze, to nic jej trzeźwej perspektywy nie zagłusza.

 

Któregoś dnia przybył na spotkanie z ciekawym człowiekiem sam Aleksander Bardini. Po opowieści o swojej pracy ze studentami podzielił się wspomnieniem o swojej nastoletniej wówczas córce, która któregoś dnia przyszła do niego i powiedziała, że chce zestać aktorką. A on jej na to... tu profesor Bardini uniósł masywne krzaczyska swych brwi, wybałuszył oczy i wydał z siebie teatralne: „z TYMI nogami?!“ Po czym zastygł w teatralnej ciszy, rażony podziwem dla siebie samego odbitym w oczach widowni zakładowego domu kultury.

 

TE nogi stały się symbolem mojej dziecięcej nienawiści, a później dużej niechęci do profesora Bardiniego. Nie wiem, być może widownia zakładowego domu kultury poczuła się w jakiś sposób nobilitowana, że sam Bardini dopuszcza ją do tak intymnej informacji. Czy też Bardini poczuł się większy przed sobą przez to, że pozwolił zakładowej widowni poczuć się nobilitowaną. Dla mnie nogi córki Bardiniego były moimi nogami, jej marzenia były moimi marzeniami. W pięć minut brutalnie podcięto mi tak nogi, jak i marzenia.

Dziewczynka z Kwiatkami zatem to bardzo mściwe bydlę, bo te kwiatki trzeba było wręczyć na koniec, i tego już się wybaczyć nie dało.

 

W Toronto gościł kiedyś w charakterze ciekawego człowieka Daniel Olbrychski. Podczas spotkania rzeczony Daniel unosił się w zachwycie nad samym sobą. I krążył ponad głowami widowni snując opowieść o tym, jak matka jego pragnęła do Paryża. I on ją do tego Paryża zawiózł. Czym ją uszczęśliwił. I gadał tak o matce w Paryżu i swojej synowskiej miłości do niej, kiedy z końca sali odezwał się człowiek:

Panie Olbrychski, na przestrzeni 10 lat jestem juz na trzecim spotkaniu z panem, i od 10 lat opowiada pan, jak pan matkę zabrał do Paryża. To ładnie z pana strony, ale przyjemnie byłoby posłuchać o czymś innym.

... tu nastąpił opad Daniela Olbrychskiego spod sufitu. 

 

Po kątach ulotniła się sztuczna mgła, a moja wewnętrzna Dziewczynka z Kwiatkami podskoczyła z radości.